Jak widać, chróbska łażą po dzieciarni. W miniony czwartek o 6:00 rano budzi mnie dzwonek komórki: Najlepsza Z Moich Żon wezwała mnie w trybie pilnym do Kaceprka, który wg niej ma mocny katar i kaszle.
Trochę mi skóra scierpła, bo dla 7-tygodniowego niemowlaka kaszel oznacza w zasadzie hospitalizację. Qrna.

Więc w te pędy najpierw SMS do Uber Szefa, że na dzień bieżący porzucam pracę, a potem tylko rozruchowa dawka kofeiny i za kierownicę. Jazda o 6:15 na trasie Kraków - Andrychów poszła tak, jak się spodziewałem: gładko. Ląduję w pieleszach. Czekamy na godz. ósmą rano, żeby zacząć rejestrować bąbla do doktora. Na szczęście doktor Paprocki jest w pracy bardzo punktulanie - udaje nam się do niego dodzwonić i ustalić, że chociaż ma wizyty domowe popłudniem, to jak tylko obejrzy pacjetów, którzy są obecni na teraz w przychodni, to wyrwie się i zaglądnie do nas.

Zjawia się gdzieś po dziewiątej - dokładne osłuchiwanie oskrzeli/płucek i ulga: Kacprowi nic tam nie zalega! Natomiast jest katar, który - jak powszechnie wiadomo - nie leczony trwa siedem dni, a leczony tydzień. Dostajemy praktyczną demonstrację jak zalewać malca solą fizjologiczną wprost do nosa tak, żeby go nie utopić, a jednocześnie przepłukać noc i wywalić z niego złogi.
Wyobraźcie sobie wy, dorośli ludzie, że ktoś wam wprost (kolejno) do dziurek waszego nosa wlewa wodę ... już? Więc możecie sobie wyobrazić sobie, jak odbiera to parotygodniowy bobek... Ale mus to mus. Przynajmniej trzy razy dziennie - koniecznie przed snem: płukanie, prychanie, kichanie a jeśli trzeba to akcja z gruszką gumową, żeby dokończyć czyszczenie.
Zysk?
Spokojniejsza noc. Dla wszystkich domowników.