4 listopada otrzymałem drugą szansę - od tego dnia, od 18:30 żyję na kredyt.

Tego, co się wtedy stało nie rozumiem. Nadal nie rozumiem, choć bardzo się staram pojąć. Po pierwsze, nie wiem, dlaczego to się stało?
Po drugie, nie wiem, dlaczego to się tak skończyło? Czemu wyszedłem cało?

Dlaczego zrobiłem coś, czego nigdy nie ośmieliłem się zrobić przez całe 22 lata odkąd mam prawo jazdy? Jażdżę ponad 18 lat i cokolwiek robię na drodze, zawsze staram się kontrolować. Oczywiście - czasami robię głupoty, ale nie takie! Nie jestem ani młokosem, ani ryzykantem szukającym mocnych wrażeń. A mimo to, coś mnie pchnęło i spowodowałem wypadek drogowy w najgłupszy z możliwych sposobów: wyprzedzając na ciągłej i pakując się wprost pod wielkie IVECO z dwoma przyczepami.
Nie wiem dlaczego wyszedłem z tego cało? Nikt nie poniósł najmniejszego szwanku na zdrowiu.
Mam zatem okazję być tu nadal. Nie mam niczego na własne usprawiedliwienie. Niczego. Ja zwyczajnie chciałem być szybciej w domu i zobaczyć Anetkę i Paulinkę. Nic ponad to.

Oczywiście, można szukać wyjaśnień naturalnych - że byłem mocno zmęczony, że przed sobą miałem dwa ciężarowe samochody z wysokimi pakami, które zasłaniały widoczność, że za tymi ciężarówkami jechałem już szósty kilometr i trzy razy zbierałem się do wyprzedzania, że bezpośrednio przed tym feralnym manewrem wykonałem "ogląd z prawej" i niczego nie dostrzegłem, że chwilę wcześniej mnie i obydwie ciężarówki zostały wyprzedzone przez VW Polo (na ciągłej, na zakręcie i pod górę...) ... ale żadna z tych konkretnych przyczyn, ani wszystkie razem nie dają zadowalającej mnie przyczyny. Zatem czemu to się stało?
Pozostaje mój rachunek sumienia.

Wszystko stało się błyskawicznie: gdy od prawej nie dostrzegłem żadnych świateł, doszedłem do przekonania, że lewy pas jest pusty. Zatem gdy tylko poczułem, iż motor Almery ma już odpowiedni ciąg wystarczający do szybkiego wyprzedzenia, zdecydowanie zjechałem na lewo ... i wjechałem wprost pod nadjeżdżający samochód ciężarowy. To, co było potem, to już czysta automatyka: hamulec wbity w podłogę, ABS zatrzymuje Nissana, gwałtowny skręt w prawo, odgłos klasonu IVECO, szarpnięcie, odgłos tępego uderznia, trzask pękającej opony - myśl "teraz bez opony, to mnie obróci..." - wbijam się rękoma w kierownicę ... ale samochód jedzie jak po sznurku, więc szukam już tylko możliwości zjazdu na pobocze.

Wszystko, co było potem działo się w jakby innym tempie ... telefony, dogadywanie się z kierowcą IVECO, żeby nie wzywać Policji... oczekiwanie na lawetę i Daniela. Kompletne rozklejenie się w domu, gdy powoli docierało do mnie, że mam prawdziwe szczęście, iż mogę rozmawiać z żoną i córką.

Pewien jestem tego: wtedy, na drodze w Brodach zobaczyłem rękę Boga, która objęła mnie i wyciągnęłą z opresji. To jest jak nawrócenie. Dane, otrzymane darmo.

Dlatego wiem, co mówię: żyję na kredyt. Mam okazję, która może się już nie potwórzyć. Wiem też, iż w jakiś dziwny i niepojęty sposób mam tu coś jeszcze do zrobienia.

Skąd te egzystencjalne konkluzje? Bo inaczej tego wszystkiego nie można wyjaśnić, zrozumieć. Oczywiście, można do tego podejść jak do zwykłej nieprzyjemności ... i w końcu udanie wyprzeć ze świadomości. Ale to byłby rodzaj bezczelności. Tak, jakby to całe zdarzenie nie miało żadnych konsekwencji ... przecież w końcu będę mógł spokojnie spać, zapłacić długi za remont Almery.. zapomnieć. I to też jest droga - unieważnić te wszystkie pytania. Zignorować je. Bo są za trudne, za dużo wymagające. Można. Ale jestem przekonany, iż być może w innej postaci, ale te dylematy wrócą.

Zatem jestem na nowej drodze. Trudno powiedzieć, dokąd prowadzi. To czas pokaże. Ale podkreślę z całą mocą: być może ocalałem, dzięki własnej sprawności na drodze - mogą tak myśleć. Byłoby to nawet jakoś spójne z moim agnostycyzmem. Ale ja tak nie potrafię. Nie chcę być źle zrozumiany: nie byłem świadkiem i uczestnikiem religijnego "cudu" - tak na pewno nie było. Jednak żaden rachunek prawdopodobieństwa nie da 100% pewności, że musiałem wyjśc z tego cało. Będzie wręcz przeciwnie. I to jest świadectwo tego, że miałem okazję skorzystać z tego, co mi dano, a na co sobie - to wiem z pewnością - nie zasłużyłem.
Proszę też nie odbierać mojej notki jako egzaltowanej i przesadnej. Minęło już prawie dziesięć dni. Mogę już w zasadzie normalnie pracować i mam na to chęć.
Trauma już jest za mną. Zdarzenie zostało zinternalizowane i znacznie przetrawione przez mechanizmy obronne umysłu.
Swobodnie mogę opowiadać o tym, jak Daniel i likwidator z Hestii dowcipkowali podczas oględzin rozprutej Almery i jak gratulowali mi, że w zasadzie brakło 15 cm, aby ciężarówka skosiła lewy słupek i moje nogi. I też będę z standardową ciekawością słuchał ich opowieści o tym, jak to inni mieli mniej szczęścia niż ja. Takie życie.

almera

almera1

almera2

almera3