head.log

dla wszystkich, lecz nie dla każdego | Krzysztof Kudłacik

żółta kartka dla Castelaniego i siatkarzy

Jak łatwo się domyślić, mam na myśli mierne efekty występów polskiej reprezentacji siatkarzy w tegorocznej edycji Ligi Światowej. Co mnie niepokoi? Najpierw wynik. Słaby – ledwo 10 miejsce z wygranymi pół-na-pół. I nie chodzi tu o zamieszanie związane z priorytetami celów reprezentacji na 2010r. Tutaj najpierw od początku jasno mówiono, że Liga Światowa nie jest priorytetem – priorytetem są wrześniowe Mistrzostwa Świata w Italii. Między innymi dlatego siatkarze mieli ledwo ponad tydzień wspólnego zgrupowania i pierwsza runda – mecze z Niemcami pod wodzą Lozano – zakończyła się kompromitacją. Ja nie byłem tym szczególnie zaskoczony, bo Niemcy byli na wyższym poziomie przygotowania i zgrania. Ale pomyślałem sobie – teraz musi być już tylko lepiej, przecież w końcu uda się zestawić optymalną szóstkę. Wtedy niespodziewanie zaczęto mówić o rzekomo realnej możliwości awansu do Final Six światówki. Zadanie w zasadzie dość realne, o ile wykrystalizowałaby się podstawowa szóstka.

Jednak nic takiego się nie stało. Niemal każdy mecz zaczynaliśmy w innym składzie. Tak, jakby Castellani współpracował z tymi zawodnikami pierwszy raz w życiu. Zacząłem się poważnie obawiać – o co w końcu chodziło? O wejście do finału Ligi Światowej? Przecież robiliśmy wszystko, aby tak się nie stało!

To właśnie kwestia dostosowania metody pracy do celów – czyżby Castellani myślał, że ma aż tak dobrych zawodników, że dowolnie ich zestawi i zagrają tak, jak stare wygi grające no stop ze sobą od przynajmniej trzech miesięcy? Bzdura. Tak potrafią być może tylko Brazylijczycy. I nikt więcej.

Inna sprawa – wątek zawodników i ich zdrowia. W szczególności chodziło o starą gwardię – Wlazły, Winiarski, Zagumny, Pliński, Bąkiewicz. Od początku w to nie wierzyłem. Byłem i jestem przekonany, że Castellani pozwolił, żeby zawodnicy weszli mu na głowę. Oby to tylko była kwestia stylu: że Lozano był kłótliwym zamordystą, a jego rodak dobrym dusza-wujkiem. Jeśli to tylko kwestia stylu, to ma to sens. Ale jeżeli to coś więcej i będzie to miało skutki w postaci słabych wyników w grze o punkty, to oznacza, że jesteśmy na równi pochyłej. Chcę wierzyć, iż to jest kwestia stylu. Zwróćmy jednak uwagę, że Skra Bełchatów po wodzą tego samego Castellaniego prowadzącego drużynę (niemal reprezentację) miękką ręką nie osiągnęła nic na arenie międzynarodowej – myślę o Lidze Mistrzów.

Pamiętajmy o prostym fakcie: przecież inni trenerzy – Bułgarii, Rosji, Włoch, czy Brazylii – też troszczą się o zdrowie zawodników! A mimo to grali jednym zestawem bez względu na okoliczności. Czyżby Wlazły był z porcelany, a Kazijski był ze stali?

Nikt mi dotąd nie wyjaśnił, jak możemy znaleźć niezawodną podstawową szóstkę nie grając meczów o stawkę? A mecze o stawkę z najlepszymi to Final Six Ligi Światowej. Zgoda – będziemy mieli Memoriał Hubera Jerzego Wagnera w końcu sierpnia – zagramy z Brazylią, Bułgarią i nieprzewidywalnymi Czechami. Jednak Mistrzostwa Świata we Włoszech będą miesiąc później! To za długi okres czasu. Trenerzy będą musieli wybrać – albo szczyt formy na Memoriale, albo na MŚ. W niesprzyjającym scenariuszu może być tak, że aby powetować słaby występ na LŚ, cała para pójdzie w gwizdek pod Memoriał, a po miesiącu na MŚ, ponownie będziemy słyszeć głupie wyjaśnienia w postaci: bo my jesteśmy na początkowym etapie budowania formy.

Ten mały ciekawy scenariusz wydaje mi się realny, bo główny sponsor siatkówki w Polsce – obok Plusa – czyli Polsat, ustami swoich przedstawicieli otwarcie mówi o indolencji Castellaniego i kompromitującym wyniku oglądalności ad. 2010. To może skłonić sztab trenerski i działaczy do gestu: pokażemy wszystkim tu i teraz, że jesteśmy w światowej czołówce.

Kwestia samych sparingpartnerów (poza Memoriałem) – czyli głównie Brazylijczyków to za mało. Z Brazylijczykami zagrają także m.in Niemcy z którymi spotkamy się w grupie Mistrzostw. Nie pociesza mnie fakt, iż przed poprzednimi MŚ w Japonii na których pod Lozano osiągnęliśmy wspaniały srebrny medal też sparowaliśmy niemal wyłącznie z canarinhos. To były inne warunki, inny – wtedy: nowy – trener.

Podsumowując – mam poważne obawy w kontekście szans Polski we wrześniowych Mistrzostwach Świata siatkarzy. Nie mamy podstawowej szóstki. Nie mamy trzymających poziom zmienników. Forma podstawowych zawodników jest – delikatnie mówiąc – chwiejna. Nie mamy ogrania w meczach o stawkę. Mamy fatalne doświadczenia z bezpośrednimi rywalami – Niemcy zbili nas okrutnie w LŚ, a my nie wykorzystaliśmy szansy na wygranie z Kubą na wyjeździe.

Wszystko to prowadzi mnie do smutnego raczej wniosku na wrześniowy turniej: awans do strefy medalowej może okazać się ponad nasze siły. Obym się mylił.

słowo na dziś: henoteizm arrow-right
Next post

arrow-left beats of freedom
Previous post

  • Wik

    29 lipca 2010 at 9:04 | Odpowiedz

    Krzyś… Gdybyś nie był znawcą – powiedziałbym, że kraczesz jak to zwykle mamy w zwyczaju w PL ;-) Ale ponieważ jesteś specjalistą – to czarno to widzę, po tej analizie :-(

  • empiryk

    29 lipca 2010 at 9:21 | Odpowiedz

    Wiem, że uprawiam czarnowidztwo. Ale tym razem z dziwnym wewnętrznym przekonaniem. Nie wiem, czemu? Bardzo się ucieszę, jak będę w błędzie i wejdziemy mimo wszystko do strefy medalowej.

  • Dzięki systemowi i Castellaniemu polscy siatkarze odpadają | varia

    1 października 2010 at 9:17 | Odpowiedz

    […] obawy, które wyraziłem na tym blogu dwa miesiące temu – żółta kartka dla Castellaniego i siatkarzy – okazuje się prorocza. Wczoraj praktycznie zaprzepaściliśmy nasze szanse w siatkarskim […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *