Czuję niesmak czytając o egzaminie gimnazjalnym i feralnym zadaniu nr 32, które jest powodem zaskarżania egzaminu przez niektórych rodziców. Zagwozdkę ma minister edukacji i kuratoria. A ponieważ decyzja ministerialna odwleka się, budzi to zrozumiałe poniekąd zniecierpliwienie wśród niezadowolonych rodziców.
Spraw napełnia mnie niesmakiem jako byłego nauczyciela i (aktualnie) trzeźwego obserwatora.
Chodzi o uzasadnienie, jakie podają skarżący się na zadanie nr 32:

Poloniści na lekcjach nie przerobili z uczniami tych obowiązkowych lektur. Do okręgowych komisji egzaminacyjnych w całej Polsce napłynęły skargi od rodziców żądających unieważnienia egzaminu. Dzieci nie mogą cierpieć przez zaniedbania nauczycieli (wynik gimnazjalnego testu decyduje o przyjęciach do liceów) - argumentowali.

Za Gazetą, podkreślenie moje. To uzasadnienie mogłoby równie dobrze brzmieć: prosimy o wybaczenie za nieudolność naszych dzieci i prosimy o wyjątkowe danie im drugiej szansy.

Uzasadnienie podawane przez skarżących oczywiście ze względów formalnych musi powoływać się na błędy w sztuce edukacyjnej. Zatem jest topornym uogólnieniem. Ma podstawową wadę takiej generalizacji: jest fałszywe. Poloniści mają chyba jeden z najcięższych kawałków chleba w szkołach - mają program przeładowany, który zwykle nie pasuje do ilości godzin na jego realizację, a do tego bywa często nie dopasowany do możliwości i potrzeb uczniów. Zwracam uwagę, iż mowa o gimnazjum, czyli surwiwalu, gdzie trzeba (dosłownie) zmierzyć się z cielęcym i pełnym głupoty wiekiem dojrzewającej młodzieży.
Przyczyny nie zrealizowania materiału są zatem znane i bardziej złożone niż skarżącym rodzicom się wydaje. Nauczyciele muszą sto razy na dzień decydować, co jest ważniejsze: gonić na złamanie karku z materiałem, czy za wszelką cenę wyrównywać szanse matołków odstających w dół od przeciętnego poziomu klasy? To fatalny dylemat i skarżący rodzice z pewnością nie chcą sobie tym pobrudzić rączek. Efektem tego jest wybór: albo lecimy powierzchownie i ryjemy pamięciówkę, aby tylko uczynić zadość wymaganiom programowym, albo faktycznie próbujemy w łbach gimnazjalistów zaświecić kaganek...

Podobne wybory sam realizowałem ucząc na przeładowanym programie historii w liceum. Miałem jednak ciut łatwiejsze zadanie: to była tylko historia, a nie trudniejszy grunt polonistyczny - u mnie nie było potrzeba szczególnej wrażliwości heurystycznej ucznia. Wystarczyła zwykła inteligencja. W klasie liceum z dwoma tygodniowo godzinami historii trzeba wykazać się umiejętnością syntezy i wysoką dyscypliną realizacji programu, aby mieć szczęście i zdążyć z materiałem choćby do początku lat 80tych XX wieku - umownie: do wprowadzenia stanu wojennego. Mnie się to udawało. Ale koszt był świadomie skalkulowany: w słabszych zespołach klasowych obniżenie wymagań oraz rezygnacja z niektórych części materiału. Tę rezygnację oczywiście należało rekompensować w przypadku uczniów, którzy planowali zdawać egzaminy na uczelnie wyższe z historią. Tym poświęcałem swój prywatny czas udzielając im wskazówek, co mają dodatkowo przeobić oraz wskazując dodatkowe lektury.