Chyba po raz pierwszy dałem się tak kompletnie i skutecznie wkręcić w prima aprilis. Poległem na całej linii. Jak sześciolatek. Albo coś w tym stylu.

Uwierzyłem wczoraj bladym świtem, że termin składania PITów upłynął 31 marca. A oczywiście ja nie złożyłem rozliczenia ...
Owszem: targany gwałtownym przerażeniem rzuciłem się do komputera i chciałem sprawdzić, czy to prawda?

Coś tam znalazłem, ale ponieważ jeszcze nie spożyłem pierwszej kawy, to zwyczajnie nadal pozostałem z przekonaniem, iż właśnie wtopiłem konkretnie nie składając w terminie PITa. Telefony słuchaczy, które pojawiły się na antenie Trójki tylko mnie utwierdziły w tym moim przerażeniu.
Oczywiście miało to wpływ na mój nastrój w ciągu całego dnia ...
A jeszcze w zeszłym tygodniu sam przekonywałem kogoś u mnie w pracy, że termin rozliczenia to koniec kwietnia.

Fakt skutecznego wkręcenia uświadomiła mi dopiero wieczorem znajoma ...
Totalny wstyd i porażka.
Ale wyobraźcie sobie, jaką ulgę odczułem, kiedy już wiedziałem, iż nic straconego!