Jestem chyba całkiem z innej bajki. Oglądam bieżący rozwój kampanii wyborczej - spoty, kontr-spoty, transfery, kto kogo popiera, kto oznacza swoje baniery, a kto nie bardzo ... i tak dalej. Ale nie daje mi spokoju jedna myśl: co to wszystko ma do rzeczy?

Przecież mnie jako zwykłego obywatela to nic a nic nie obchodzi!

Oto pytania, na które oczekuje odpowiedzi od kandydatów do Wysokiej Izby.

Po pierwsze: opieka zdrowotna państwa nad jego obywatelami. Mamy tu prawdziwy dramat i zapaść - w ciągu najbliższych tygodni szpitale zaczną pustoszeć, bo nie będzie w nich lekarzy, którzy legalnie i jak najbardziej czysto grając złożyli wymówienia. Obowiązkiem ministra i rządu jest zaradzenie tej katastrofie. A tu tymczasem Religa cieszy się tak wysokim poparciem społecznym. Tu i teraz: kiedy wkrótce Polacy zaczną umierać na ulicach, bo nawet jeśli przy sprzyjającym zbiegu okoliczności pacjent doczeka się na karetkę, to może się nagle okazać, iż najbliższy szpital będzie 100 km stąd...
W żadnym razie rozwiązaniem sytuacji nie będzie li tylko podniesienie składki z naszych pensji... Obawiam się, że ponownie (czwarty raz?) w wolnej Polsce będzie trzeba się zmierzyć z jakąś reformą służby zdrowia.

Po drugie: nie widzę jasnego i przekonującego planu wykorzystania szansy, jaką stwarza Euro 2012. Nie wiadomo, czy w ogóle będziemy mogli tu korzystać z jakichkolwiek funduszy europejskich. A jeśli nie, to skąd wziąć potrzebne pieniądze?
Owszem: rząd Kaczyńskiego wykonuje tu jakieś ruchy - jednak na dziś to jest głównie legislatura. A to za mało.

Po trzecie: polityka prorodzinna. Rządy PiSu (z przystawkami) dęły w tubę propagandową, iż oto wreszcie polska rodzina doczeka się wsparcia i parasola ochronnego. Rzutem na taśmę uchwalono odpisy podatkowe do 1200 zł. Dobrze, że ta ulga będzie obejmowała bieżący rok. Ale przecież nikt nie zastanawia się, czy to są adekwatne pieniądze na dziecko w roku? Zamiast tego bukmacherzy przyjmują zakłady, kiedy nowy rząd i nowy parlament obetnie tę śmieszną ulgę. Wysokość tej ulgi oczywiście będzie zależna od dochodów rodziców, więc diabeł tkwi w szczegółach, a przy tym dla mnie kluczowe --- 1200 zł to śmieszna kwota. Wypada 100 zł/miesiąc na dziecko. Przecież tyle to ja wydaję wyłącznie na dożywianie mojej córy w gimnazjum! Tylko dożywianie.

Po czwarte: polityka imigracyjna. A dokładniej - polityka mająca na celu powrót Polaków, którzy opuścili nasz mlekiem i miodem płynący kraj ze względów ekonomicznych. Dopiero mając już pewność co do terminu wyborów rząd Kaczyńskiego zajął się sprawą. Rzecz jasna, oldskólowa recepta a la Dorn: zamknąć granice, odebrać paszporty, wsadzić w kamasze wszystkich chętnych do wyjazdu - nie bardzo wchodzi w grę. Chyba ze względów technicznych - bowiem nasza armia z tygodnia na tydzień powiększyłaby się (szacunkowo) czterokrotnie. Zatem: jak zachęcić Polaków, którzy wyjechali, żeby pozostali w związku z krajem, aby przysyłali tu pieniądze, aby wracali i zakładali tu nowe, własne przedsiębiorstwa, aby nie wiązali się na stałe z obczyzną itd.

A skoro o armii mowa... Po piąte: wycofać naszych żołnierzy z Afganistanu, Iraku etc. Nawet nie chce mi się o tym szczególnie pisać, bo sprawa jest dla mnie porażająca oczywistością. Najpierw - ci żołnierze walczą nie w naszym interesie. W żadnym zrozumiałym sensie. Następnie - utrzymanie tych kontyngentów kosztuje olbrzymie pieniądze: dlaczego ich nie przeznaczyć na służbę zdrowia. I na koniec: jak dotąd nie mamy żadnych korzyści z naszej obecności wojskowej za granicą -- przecież nie otrzymaliśmy otwartych wiz do USA!

Dobrze. A teraz poproszę o odpowiedzi.