No tak! Nie oglądałem dwóch poprzednich odcinków, bo moje bezkrytyczne uwielbienie dla piłki nożnej górowało. Nadal góruje. Ale wczoraj i dziś była przerwa, więc chętnie zerknąłem na mój ulubiony (prawie) reality show.
Ty razem Morgan namówił dwoje miastowych, żeby podjęli próbę wytrzymania na wsi. Więcej: to nie byle jaka wieś - to wieś ekologiczna w stylu hamerykańskim - nazwa się to Dancing Rabbit Ecovillage.
Aha - poniżej będzie trochę o ekstrementach, więc osoby wrażliwe lolalnie uprzedzam ...
Dwoje miastowych to czarna Murzynka, która musi mieć prysznic, kosmetyki i suszarkę do włosów - Johari Jenkins oraz mięsożerny spaślaczek, zmotoryzowany białas z hektarami tatuaży - Vito Summa.
Na szczęście Spurlock wykazał się rozsądkiem i wyczuciem - wioska Tańczących Królików jest umiarkowana: nie należy do skrajnych, zideologizowanych eko-komun z obowiązkowym praniem mózgu w kierunku zabobonnego weganizmu, czy podobnych bzdur. Króliki nie hołdują także idologii empatii dla zwierząt... więc w sumie może być. Katastrofy nie będzie.
I tak było - bez katastrofy, choć dla mnie dość śmiesznie (jako chOpaka ze wsi). Oczywiście musiało nastąpić pewne zderzenie zwyczajów miejskich z wsiowymi. Rozpoczęło się od wysokiego C - czyli klozeciku bez spłukiwania wody. Zwyczajnie: kupka i siusiu do wiaderka, potem warstwa słomy, kupka/siusiu/słoma itd. - a co rano trzeba to wyciągnąć i wrzucic do obory.... Drugi szok dla miastowych to brak elektryczności. Więc świece ... może i romantycznie, ale niestety obok jest obora ze stadem krów, które mogą nocą trochę poszemrać. Rano można wziąć kąpiel, o ile przyniesiesz sobie drewno na opał i napalisz w piecu podgrzewającym boiler. Jedzonko bezmięsne. Oczywiście. Po tygodniu brak mięsa daje się Vito we znaki i korzystając z wiatrówki udaje się na polowanie na (tańczące) króliki. Ma farta i na obiadek może sobie sam przygotować (po oskórowaniu, odbraniu z kości etc.) panierowanego królika. Społeczność eko-wioski nie protestuje ... do czasu, kiedy ok. 24 dnia zdesperowany Vito nie sprowadza sobie porządnego, półsurowego steka... Białas zachowuje się tu dość prowokacyjnie, bo zamiast pozostać na swoim grillu udaje się z tymi stekami do wspólnej jadalni i na oczach zdegustowanej wegetariańskiej publiczności obżera się mięsiwem. Mają mu to za złe i robią mu - delikatnie mówiąc - wymówki.
Johari też nie ma lekko. Nie ma proądu, więc nie może używać suszarki do włosów. Ba! Nie ma tej suszarki aż niemal dwa tygodnie - w końcu podczas wyprawy do miasta - ściślej: do miejskich śmietników - znajduje takową. W końcu mają też elektryczność, bo Tańczące Króliki nie mają awersji do techniki - z lubością montują baterie słoneczne po 20,000 papierów, żeby mieć prąd. Co więcej - mają nawet samochody! Są to diesle na olej rzepakowy. Olej pozyskują sobie sami, bo mają jakieś instalacje...
Generalnie czas spędza się w eko-wiosce pracując fizycznie i unikając stosowania produktów przemysłowych. Johari ma z tym pewien kłopot, bo niestety przemyciła do wioski dezodoranty i perfumy, co natychmiast zostaje odkryte w okolicach łazienki i porannej kąpieli Johari. Wkrótce zbiera się grupa wsparcia, która chce o tym porozmawiać.... W końcu Johari odbywa szczerą rozmowę z delegatką eko-wioski: zabawnie ogląda się Johari wyrzucającą rozmówczyni to, że ona ekologicznie śmierdzi, bo się myje tylko raz na 5 dni.
W sumie odcinek raczej zabawny, choć dla mnie mało odkrywczy lub poruszający. Jednak jego cele były raczej ograniczone.
Spurlock chciał, żeby oglądacze i oboje uczestników lepiej zrozumiało, że może nawet małym kroczkiem coś zmienić i mieć wpływ na środowisko. Wcale do tego nie trzeba wierzyć w jakieś ideologie. Wystarczy zdrowy rozsądek, żeby używać energooszczędnej żarówki, żeby kupić środki czystości z informacja, że są biodegradowalne, żeby do urządzeń sanitarnych wylewać mniej wody itd.
Dalej - nie było w tym odcinku żadnej nachalnej eko-propagandy, bo w eko-wiosce nie było ani małych dzieci, ani kobiet w ciąży, ani nikt nie zachorował ani nie doszło do żadnych ostrych konfliktów wewnątrz lub z otoczeniem. Generalnie: była to sympatyczna, lekko zabawna lekcja dla hamerykańskich miastowych.
Let it be...
autor: empiryk, 29.06.2006, 10:08:11, 3, artykuł ma już:1 lat, 321 dni, 18 godzin, and 31 minut!