dodane dotąd komentarze
Ustosunkowując się do części dotyczącej społeczności i jej integracji z większą infrastrukturą technologiczną mogę powiedzieć, że każde przedsięwzięcie które jest "wyciągane" z jednego miejsca w inne musi przejść etap integracji. Nie ma fizycznej możliwości pisania aplikacji, która będzie idealnie dopasowana do wszystkich systemów. Po prostu tak się nie da.
Z własnego doświadczenia i dzięki znajomości wielu ludzi prowadzących serwisy społecznościowe wiem, nie robi się tego dla chęci zysku. Ja wiem, że ciężko uwierzyć w bezinteresowność młodego pokolenia, ale taka jest prawda. I ja i moi znajomi nie tworzą konkretnych wąskich społeczności by na nich zarobić, a już napewno nie tworzą ich z taką myślą jako dominującą. Te serwisy robi się z zamiłowania do tematyki która na nich będzie poruszana i z chęci rozwijania swoich umiejętności! To, że ktoś stworzył serwis i nadal go rozwija spowodowane jest użytkownikami. Widząc, że TO jest fajne, że TO podoba się innym i, że twoja praca jest doceniana po prostu chce się robić to dalej! Znam ludzi, którym nie zależy na promocji swojego serwisu społecznościowego, gdyż chcą zachować jego elitarność.
Powtórzę: serwisy społecznościowe jeśli tworzone są przez młodych ludzi to z pasji a nie z chęci zysku! Taka może pojawić się z czasem, gdy realia staną się ku temu przychylne. To, że ktoś oddaje swoje dziecko (bo jeśli spędzasz przy tworzeniu go lata) jakiejś korporacji to najczęściej efekt słabej wydajności serwerów czy łącz lub koszta z tym związane (choć często są zerowe dzięki wsparciu jakiejś firmy hostingowej). Dam sobie odciąć każdą kończynę jeśli nie jest prawdą, iż oddanie serwisu obaczone jest zawsze długą walką o możliwość wpływania na jego rozwój i zachowanie odmienności i charakteru już po zmianie właściciela.
Wiem, że długie, ale coraz częściej słyszę głosy, że młodzież robi kiepskie strony, dodaje kilka bajerów i chce opchnąć badziewie byle komu za byle jaką kasę. Nie jest to prawdą. Wielu zgodziłoby się na oddanie takiego serwisu za darmo w zamian za możliwośc rozwijania go i zapewnienie o dalszym istnieniu.
Kaczo - całkowita zgoda: robisz to, bo lubisz - robisz to dla innych. To też cecha web 2.0
Moje uwagi odnośnie takich projektów biorą się z faktu, że zwyczajnie była to konferencja o biznesie - dlatego perspektywa jest raczej wybiórcza.
Tak wiem i takie podejście daje się zauważyć
Jednakże jeśli mieszamy już punkty widzenia to zaznaczajmy, że biznes dopiero liże serwisy społecznościowe (co jest zrozumiałe z powodu biznesowego), kiedy fascynaci robią je od lat mając gdzieś zyski, straty i ograniczenia narzucane przez korporacje. I takie "wolne" serwisy rozwijają się najszybciej ![]()
Jeden z uczestników postanowił zrobić fajny serwis - coś w okolicach darmowego hostingu zdjęć/multimediów. Pochwalił się tym na sali. Było całkiem miło. Do chwili gdy ktoś zadał mu pytanie, czy za miesiąc będzie go stać na opłaty za łącze?
Autor aplikacji z rozbrajającą szczerością odparł jak mnie nie będzie stac, to sprzedam tę aplikację
Bo ten serwis tworzony był na wzór imageshack i z wyraźnym zabarwieniem biznesowym ale bez przemyślenia ![]()
A ja się zgadzam z kierownikiem Rebubliki - "web 2.0" to żadna nowa jakość sama w sobie, to najzwyklejsza ewolucja. Co więcej, pojęcie jako takie wkrótce się zużyje, tak jak swego czasu zużyły się "portale wertykalne i horyzontalne".
Cały ten szum wydaje mi się nakręcany przez marketing. To jedyny beneficjent "web 2.0", bo dzięki kupieniu kilku serwisów społecznościowych można sobie zbudować całkiem zgrabną bazę informacji o preferencjach potencjalnych klientów. To w sumie niewiele, bo wyrzucone w ten sposób pieniądze rozbiją się o darmowego AdBlocka - przynajmniej w moim przypadku.
Krzysztofie,
Dziękuję za nadzwyczaj długi i interesujący tekst. Pozwolę sobie przytoczyć
również moje refleksje na ten temat - tj. Web 2.0 czy jakkolwiek inaczej
to nazwać.
Hasło oczywiście nowe nie jest. Osobiście usłyszałem to już 2 lata temu,
na niewielkiej konferencji organizowanej na PWr. Oczywiście - padało
kontekście bliższym technice, niż treści. Ale o tym później.
Biznes na społecznościach - lub raczej ze społecznościami - fikcją już nie jest.
Przykład ? Ubuntu. Z jednej z lepszych dystrybucji Linuksa (Debian) zrobiono
coś, co należało zrobić już dawno : przewidywalne wydania, program certyfikacji,
tania papierowa dokumentacja, wsparcie społeczności. Wokół tego - produktu i społeczności zarazem - tworzy się biznes. Od sklepiku ze stringami
i koszulkami zaczynając, przez właśnie produkcję
płytek, podręczników do konkretnych wdrożeń opartych o rdzeń społeczności - czyli właśnie system, produkt.Przy czym sam pojekt Ubuntu jest tylko częścią działalności fimry (Canonical), a ta częścią
jeszcze większego systemu. Nie wszyscy (np. tłocznia płyt) mają genezę w tym projekcie, nie jest to dla nich 'core business'. Jednak są w tym obecni w jakimś stopniu; duzi i mali, mniej i bardziej zaangażowani. Tak jak każda firma z sektora 'utilites' (woda, prąd itp) za nakaz czasów uważa kładzenie przy każdej inwestycji kabli światłowodowych i szykowania miejsc pod punkty dostępowe,
tak sieć i świat poza nią przenikają, na różną skalę. Żadna rewolucja, zwykły naturalny proces (tu zgadzam się z Piotrem), który po prostu należało jakoś nazwać. Trafiło się Web 2.0 i tak zostało.
Odwrotnie postąpił RedHat - podzielił dystrybucje na gąłąź 'enterprise' i 'community' (Fedora). I tak sobie obie funkcjonują w jakimś tam stosunku nieantagonistycznym, jak to nauczycielka biologi wspominała
. Po latach nie podejmę się oceny, czy to symbioza, czy mutualizm.
Choć jakby się zastanowić, duety RedHat/Fedora i Debian/Ubuntu można uznać za podobne...
Absolutnie nie dziwi mnie Twój wniosek dotyczący blogów - i uważam, ze można
go spokojnie rozszerzyć. Nie tylko zresztą na blogi; może to efekt mojego dość specyficznego srodowiska - ale np. wielu kolegów, w ramach rozliczeń, u pracodawców ma postawiony serwerek (często zwykły PC) który świadczy jakieś usługi dla samego zainteresowanego czy też grona znajomych. Od przechowywania narzędzi czy kopii zapasowych niesionych na uczelnię projektów, po konta pocztowe / jabberowe / shellowe / ftp / www dla grona znajomych. Własne forum (phpBB lub klony).
Segmentacja, specjalizacja i uspołecznanie Sieci postępuje. Obecnie na tapecie jest temat alfabetów azjatyckich w nazwach domen. Mniej się mówi o IPv6 - może dlatego, że każdy już chyba stracił nadzieję na odesłanie na emeryturę weteranów typu IPv6 czy SMTP :OD. Jednak i tu problem, przynajmniej potencjalny wciąż istnieje, podobnie jak z zarządzaniem root-serwerami DNS. Groźba pogłębienia fragmentaryzacji Sieci jest ciągle aktualna. A dlaczego pogłębienia ? Ot, kwestia komunikatorów, czy to tekstowych czy też VoIP - mimo wynalazków w rodzaju Jabber'a/XMMP, SIP itp szaleńczy podział i zakreślanie terytoriów jest na porzadku dziennym. Cóż, tam leżą pieniądze. Niemniej - fragmentyzacja Sieci jest już faktem dokonanym. I nie zmienią tego wyszukiwarki, bowiem, jak się ocenia wszystkie znane 'search engines' mogą mieć skatalogowane....raptem 10% zawartości Sieci. Inaczej wyszukuje się informacje na WWW, inaczej pliki w sieciach P2p, a jeszcze inaczej kontakty w sieciach IM. Mnożą się rodzje i sposoby świadczenia usług, zaś korzystający z nich siłą rzeczy wiążą się z jakąś luźno rozumianą społecznością. Można powiedzieć wręcz - antykonwergencja :OD.
Dla społeczności coraz mocniej zintegrowanych, a jednocześnie coraz wyraźniej zdystansowanych od reszty Sieci, coraz bardziej oderwanych od reszty Sieci, modele biznesowe się znajdą. Tak jak w przypadku tych 'społecznych' serwerków. Finansowanych z zewnętrznych środków, po to, aby scalić społeczność i utrzymać z nią kontakt, co będzie w konsekwencji prowadzić do ... a jakże, pracy, zlecen, pieniędzy...biznesu. Niekoniecznie 'sieciowego'. Po prostu 'wartość dodana' do czegoś innego. A czy to treść zawarta w sieci będzie 'bonusem' czy to, co znajduje się poza siecią - kwestia mocno indywidualna. Kiedy zaś wszystko się pofragmentuje - ktoś rzuci hasło, i zacznie zarabiać na ... integracji :OD. Ot, jakiejś warstwie abstrakcji, pomagającej bezboleśnie zmienić CMSa na np. bardziej rozbudowany, bez zmuszania do zabawy z SQLem lub konwertować ratingi w systemach blogowych ![]()
Uff... lada moment nastąpi premiera mojego 'blogusia'
Wtedy, mam nadzieję, komentarze będą krótsze, z jednocześnie silniej zaznaczoną 'linią przewodnią' ![]()
Pozwole sobie kilku tezom zaprzeczyc.
1) Flock posiada model biznesowy i jest to projekt dochodowy (powiedzialbym nawet, niezle dochodowy). Zaczynalismy jako startup rok temu z 4 osobami, dzis zatrudniamy 30 i mamy wszelkie powody uwazac, ze problemy finansowe nam nie groza.
2) Reprezentujesz jak widze to stronnictwo, ktore nie wierzy w ideowosc, wiec w sposob naturalny nie rozumie np. calej idei Open Source (lub tez, jak Microsoft zaklada, ze to system w ktorym duze firmy wykorzystuja rzesze naiwnych ludzi).
Open Source zrodzil sie, poniewaz istnieja strefy, w ktorych istnieje masa krytyczna ludzi, ktorym praca nad dana strefa sprawia po prostu, autentyczna przyjemnosc. Spontaniczna radosc. Jest to ich hobby. Jeden klei modele, inny zbiera znaczki, my piszemy aplikacje, tworzymy serwisy, rozwijamy siec wiadomosci itp.
Zgadzam sie, ze to sprawa pokoleniowa, bardzo trudno mi trafiac z ta idea do osob zwiazanych z internetem od dawna. Rzadko kiedy potrafia przyjac, ze oni zatrudniaja kilkudziesieciu wykfalifikowanych programistow, a setka mlodych ludzi, za darmo, siedzac po nocach i weekendach stworzy cos podobnego i rozda za darmo. Z pasji tworzenia, w podziece za inne programy jakie dostali za darmo, czerpiac z tego doswiadczenie, ktore potem wpisza do CV oraz radosc z pracy w grupie dla wspolnego celu.
Wracajac do Web 2.0. Well, problemy opisalem, twierdze, ze sa to problemy powazne. Demokracja ma swoje wady i Web 2.0 jest na najlepszej drodze do big-brotheryzacji sieci. Natomiast fakt, ze poza Wikipedia mamy tez takie zjawiska jak WikiNews (calkowcie pomijany portal newsowy, ktory jakims cudem unika tego problemu), to dla mnie znak, ze to moze dzialac.
Twierdze, ze w przyszlosci ten "nowy swiatek" sie dotrze, i zamiast (co prorokuja niektorzy nawiedzeni) wyprzec (o zgrozo) tradycyjne media, i firmy z rynku, po prostu beda sie uzupelniac. Problem jest na razie taki, ze tradycyjny rynek nie rozumie tego nowego (i czasem probuje go emulowac, co zazwyczaj wychodzi dosc dziwnie), a z kolei spolecznosciowy rynek probuje zaatakowac na raz wszystkie pola, jak to zwykle mlodzi i naiwni proboja zmieniac na raz caly swiat. Tam gdzie "spolecznosciowosc" sie nie sprawdzi, powroci popyt na uslugi portali i firm, a tam gdzie sie sprawdzi, tam sie juz zadomowi.
przepraszam za orty (przydalaby sie mozliwosc edycji swoich komentarzy przez pare minut po dodaniu) *^^*
@gandalf/Zbyszek
Od strzelania ortów to ja tu jestem maczo! ![]()
A wracając do rzeczy. Mnie się wydaje, że portale horyzontalne są niezdolne do intensywnego wykorzystania user generated content. Natomiast sa szanse dla konkretnych, dobrze zdefiniowanych przedsięwzięć - np. przeglądarki dedykowanej do współpracy z dużymi serwisami, prawda? W takiej sytuacji - biorca, czyli duży serwis może zapłacić dostawcy brołsera.
Co do drugiego punktu: moją ideologią jest pragmatyzm. Dla zewnętrznego obserwatora może się wydawać, iż jest to ironicznie zabarwione - ale nie jest.
To, co widziałem na konferencji - sympatycznej przecież - to z jednej strony marketingowe zaklinanie rzeczywistości, a z drugiej myślenie na poziomie pojedynczego człowieka, który posiada bloga i umie zainstalować sobie CMSa. A ja w tym układzie jestem całkowicie po drugiej stronie lustra. ![]()
Moim zdaniem część o konkurowaniu z portalami to jednostronny osąd. Jako pracownik dużej korporacji wiem iż takie postrzeganie „małych” jest bardzo mylne.
Najważniejsze w Internecie jest aby powstawali „mali” – to co chcą zrobić ze swoim dziełem (sprzedać, promować, zarabiać, być non profit) to już ich sprawa. Ci „mali” powodują że Internet staje się miejscem ciekawy – pełnym nowych pomysłów. Ci „duzi” czerpią z „małych” pełnymi garściami ( gwar, teledyski na Onecie, TV internetowe itp).
Pyzatym warto jest mieć dobry pomysł bo jak pokazują przykłady (digg, istockphoto, myspace, youtube itp.) czasami duży zanim się zorientuje mały już działa.
Zgodzę się z wnioskami iż małym jest trudno – natomiast lepiej żeby więcej było ciekawych małych niż dużych choinek z reklamami (bo niektórych portali nie można już inaczej nazwać).
Zgodzę się natomiast iż web 2.0 to nie jest pewna inwestycja – i na pewno serwisy które teraz powstają będą przeżywać (o ile już nie przeżywają ) kryzys.
Pozdrawiam
Gandalf, trochę przesadzasz.
"Reprezentujesz jak widze to stronnictwo, ktore nie wierzy w ideowosc, wiec w sposob naturalny nie rozumie np. calej idei Open Source (lub tez, jak Microsoft zaklada, ze to system w ktorym duze firmy wykorzystuja rzesze naiwnych ludzi)."
Ja ideę Open Source rozumiem i wspieram, a mimo to mój punkt widzenia jest niemal taki sam, jak punkt widzenia Krzyśka.
Owszem, można za darmo rozpocząć projekt na SourceForge i tam go hostować przez lata - ale to jest droga dla nielicznych.
Serwis WWW można zacząć od darmowego/ekonomicznego hostingu, ale przy trafionym pomyśle błyskawicznie będą potrzebne większe pieniądze na w pełni profesjonalny serwer i dobre łącze.
"istnieja strefy, w ktorych istnieje masa krytyczna ludzi, ktorym praca nad dana strefa sprawia po prostu, autentyczna przyjemnosc."
Owszem, istnieją. Prowadzę jeden taki serwis, pomagam przy drugim (anglojęzycznym) i szykuję się do wskrzeszenia trzeciego, także anglojęzycznego.
Problemem przy takich serwisach jest tak zaangażowanie użytkowników (jest znacznie więcej "braczy", niż "dawaczy"
oraz pieniądze na utrzymanie serwisu. Nie mówię tylk o hostingu, ale też o konieczności opieki nad serwisem. Mój polski serwis powoli się rozwija, serwis anglojęzyczny jest typowym projektem "łepdwazerowym" - otwartym na ludzi i bez planu biznesowego. Trzeci serwis ma opracowywany plan, bo nie mam czasu i pieniędzy na dokładanie do interesu.
"Zgadzam sie, ze to sprawa pokoleniowa, bardzo trudno mi trafiac z ta idea do osob zwiazanych z internetem od dawna."
Może dlatego, że wielu z tych starszych osobników ma swoje doświadczenia życiowe? W tym doświadczenie z prowadzenia / współpracy przy projektach niekomercyjnych? Sam pracowałem przy takich projektach i mam garść doświadczeń. Mam też doświadczenia z prowadzenia własnego serwisu i chwilami chciałbym móc sobie pozwolić na opłacanie zespołu redakcyjnego. Nie, żeby tworzyć jakieś dziwne rzeczy, ale żeby serwis codziennie miał coś nowego. Ja mogę zrozumieć wymówkę autora, że żona chciała mieć wspólny weekend, że chciał z dziećmi wyskoczyć za miasto, że wreszcie nie miał weny. Sęk w tym, że ja to muszę wyjaśnić odbiorcom, a oni już nie są tak wyrozumiali. W pewnym momencie ważniejsza nad ideę jest terminowość oddania projektu i jego niezawodność.
Piszesz też o CV, patrząc na sprawę okiem programisty, który będzie miał zajęcie, niezależnie od firmy. Projekty społecznościowe niekoniecznie są prowadzone tylko przez programistów. Co sobie do CV ma wpisać człowiek, którzy przez rok czy dwa współpracował z serwisem, który teraz jest martwy, albo w ogóle zniknął z Netu? Nie zajmował żadnego stanowiska, nie miał jasno określonego zakresu obowiązków - po prostu robił to, co trzeba było zrobić. Po padnięciu serwisu i rozsypaniu się redakcji on może nie mieć możliwości potwierdzenia paru lat swojej pracy...
To wszystko to rzeczy, o których pamięta wielu starych sceptyków, a o których nie chce słyszeć wielu młodych gniewnych biznesmenów 2.0.
Bardzo ciekawa uwaga Mikołaj o wolontariuszach, którzy mogą nie mieć możliwości wpisania sobie do CV swojej pracy przy podobnych projektach... nie pomyślałem o tym.
Cóż, to po prostu uwaga wzięta z własnego życiorysu ![]()
Przez parę lat współpracowałem z pewnym serwisem, który jest (mniej więcej od 3 lat) kompletnie martwy. Podawanie tej współpracy w CV mija się właściwie z celem, bo:
- nie mam papierów na ową współpracę;
- dziś nie widać śladów mojej pracy;
- współpracownicy nie będą w stanie powiedzieć, co detalicznie robiłem;
Od tamtej pory trochę mi się zmieniło podejście do współpracy przy projektach tego typu ![]()
Debatując jednak dalej na temat "wpis do CV" mamy kolejne problemy.
Załóżmy, że zespół redakcyjny serwisu rozpada się w wyniku różnicy zdań. Serwis działa dalej i... mamy schody. Jak na pracę w nim ma się powoływać jeden z "rozłamowców"? Może, owszem, ale ryzykuje że były szef:
- zaprzeczy współpracy;
- wystawi mu taką "laurkę", że lepsza od niej byłaby czarna dziura w życiorysie.
Trochę podobna sytuacja jest z tymi wszystkimi, którzy pracują jako architekci informacji, korektorzy, redaktorzy działów etc. Ich pracy nie widać nawet "w czasie rzeczywistym", bo jest niematerialna. Co gorsza - po ich odejściu w serwisie mogły nastąpić zmiany (zmiana nawigacji, nieobsadzenie stanowiska etc.), które wpłyną negatywnie na odbiór ich CV. Jakie szanse na dobrą ocenę ma korektor powołujący się na pracę w serwisie, w którym "autoży witajom urzytkownikuw"?
Odbiegłem trochę od zasadniczego tematu, ale generalnie IMHO to wszystko jest powiązane ze sobą. Biznesy "Web 2.0" nie mogą być tworzone w oderwaniu od brutalnej rzeczywistości. Ta rzeczywistość to pieniądze, papierologia i tym podobne "detale". Zapatrzenie w realia USA nie ma większego sensu, tutaj jest jednak trochę inny świat.
@Michal:
"Może dlatego, że wielu z tych starszych osobników ma swoje doświadczenia życiowe? W tym doświadczenie z prowadzenia / współpracy przy projektach niekomercyjnych? Sam pracowałem przy takich projektach i mam garść doświadczeń."
Zakladanie z gory, ze cos sie nie uda, bo nam sie nie udalo jest bledne. Mlodzi ludzie teraz sa inni niz mlodzi kiedys. Nie negujcie wszystkiego swoimi "przezyciami" i "doswiadczeniem". A nawet jezeli tak uwazacie, to my i tak nie chcemy tego wiedziec.
Droga/i Kiko - Mikołaj, nie Michał :>
"Zakladanie z gory, ze cos sie nie uda, bo nam sie nie udalo jest bledne."
Zawsze mnie zastanawiało, jakim cudem ludzie potrafią wyrwać z kontekstu fragment i odczytać go na swój własny, karkołomny sposób...
Nigdzie nie mówiłem o zakładaniu porażki z góry, takie podejście jest mi obce. Odnosiłem się jedynie do stwierdzenia Gandalfa o przebijaniu się z ruchem OpenSource do "starych". Owi starzy są mniej entuzjastyczni, bo patrzą inaczej na świat. Najczęściej mają już coś do stracenia i nie bardzo mogą (chcą) ryzykować wszystko w imię mołojeckiej sławy. Znają swoje (zespołu) możliwości, liczą koszty, szacują zyski i... wybierają to, co <b>dla nich</b> jest najlepsze / najbardziej opłacalne.
"Mlodzi ludzie teraz sa inni niz mlodzi kiedys."
Młodzi ludzie są dokładnie tacy sami - większość żyje ideami i marzeniami, w oderwaniu od rzeczywistości. Naście lat temu patrzyłem na świat w ten sam sposób...
"Nie negujcie wszystkiego swoimi "przezyciami" i "doswiadczeniem". A nawet jezeli tak uwazacie, to my i tak nie chcemy tego wiedziec."
Ostatni akapit to jest najlepszy dowód na to, że młodzież się absolutnie nie zmieniła ![]()
Myśmy tych X lat temu też uważali, że mamy lepsze pomysły na świat / życie, że starsi się nie znają / nie rozumieją / wymądrzają / zniechęcają i że my im jeszcze pokażemy. Rzeczywistość to każdemu zweryfikowała na swój własny sposób - jednym łagodnie, innym boleśnie. Niezweryfikowanych nie znam...
kiko
Mikołaj nie jest dogmatykiem: on chce ci przekazać prostą prawdę - że lepiej mylić się na cudzych błędach.
I wcale z tego nie wynika, że tobie się nie uda, bo komuś innemu wcześniej powinęła się noga.
Wlasnie o to chodzi! Haslo "lepiej mylić się na cudzych błędach" jest najbardziej szkodliwe z mozliwych! Nie wazne ze 99,9% osob sie w przyszlosci z nim zgodzi.
Nie jestem z tych co sie buntuja przeciw wszystkiemu co bylo, tak wlasciwie to malo mam w sobie buntownika. Ale jezeli ktos z gory zaklada, ze robienie czegos za darmo, dla pasji, dla wlasnej satysfakcji jest skazane na niepowodzenie bo "on juz to przerabial" wydaje mi sie absurdalne! Nawet jesli tylko 0,01% prjektow tego typu odniesie sukces, to nie warto glosic takich hasel.
Moze i jestesmy tacy sami jak Wy, ale teraz Wy macie pieniadze i moze ktos poprostu doceni takie dzialanie. Chocby dlatego warto.
"Wlasnie o to chodzi! Haslo >lepiej mylić się na cudzych błędach> jest najbardziej szkodliwe z mozliwych! Nie wazne ze 99,9% osob sie w przyszlosci z nim zgodzi."
Przepraszam, ale czy zastanawiasz się nad tym, co piszesz? Przecież powyższy fragment to bełkot przeczący sam sobie...
"Nie jestem z tych co sie buntuja przeciw wszystkiemu co bylo, tak wlasciwie to malo mam w sobie buntownika."
Akapit wyżej buntujesz się przeciwko prawdzie życiowej, która ma parę tysięcy lat. Już Chińczycy mawiali, że człowiek mądry uczy się na cudzych błędach, człowiek rozsądny na własnych, a głupiec nie uczy się w ogóle. Patrząc na Twoją reakcję, mędrcem nie dość że nie jesteś, to jeszcze nie chcesz być.
Uczenie się na cudzych błędach to m.in. analizowanie projektów konkurencji czy poprzedników. Jeśli ktoś chciał założyć darmowy hosting dla multimediów nie posiadając żadnego biznesplanu, to musiał ponieść porażkę. Skoro poniósł porażkę, to tylko idiota będzie powtarzał jego działania krok w krok. Człowiek mądry przeanalizuje przyczyny porażki i coś w tym projekcie zmieni. Niekoniecznie będzie musiał odnieść sukces, ale przynajmniej ustrzeże się jednego błędu. Bardzo często ten jeden błąd to różnica między sukcesem, a porażką.
"Ale jezeli ktos z gory zaklada, ze robienie czegos za darmo, dla pasji, dla wlasnej satysfakcji jest skazane na niepowodzenie bo "on juz to przerabial" wydaje mi sie absurdalne!"
Skąd Ty bierzesz te cytaty? Przecież nikt tutaj niczego takiego nie pisał.
"Nawet jesli tylko 0,01% prjektow tego typu odniesie sukces, to nie warto glosic takich hasel."
Ten 0,01% projektów odniesie sukces właśnie dlatego, że ktoś taki projekt przemyśli, przeanalizuje błędy poprzedników (często robiących to samo) i poprowadzi całość inną ścieżką. To jest różnica między idiotyzmem, a geniuszem.
"Moze i jestesmy tacy sami jak Wy, ale teraz Wy macie pieniadze i moze ktos poprostu doceni takie dzialanie. Chocby dlatego warto."
Mogę prosić o przetłumaczenie tego na nasze? Naprawdę nie wiem, co chcesz powiedzieć...
@Mikolaj:
Fakt nie zrozumielismy sie, rozmawiamy o innych sprawach i przyznaje Ci racje. Zle odczytalem intencje plynace z wczesniejszych wypowiedzi. Chodzilo mi o cos zupelnie innego, o negowanie ideowosci, wiary w ludzka bezinteresownosc, ale chyba troche odbieglem od tematu.
"Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajduje się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi." A. Einstein. Blizej mi chyba jednak do rozsadnego niz madrego ale dobrze mi z tym ![]()
@kiko
Aaa... teraz cię rozumiem. Ale twój problem jest problemem wyłącznie psychologicznym: widzisz świat dwubarwny - czarno-biały. Widzisz go jako walkę starego z nowym. A tymczasem rzeczywistość jest jak papier toaletowy - generalnie szara.
Witam,
Ja trochę z innej beczki. Mam pytanie – co myślicie o takiej koncepcji. Zakładając, że Web 2.0 to ruch podobny do gorączki złota, w której tylko kilka pierwszych projektów jest w stanie przynieść korzyści biznesowe (kto pierwszy odkryje dobry model zarobi krocie) to czy nie jest rozsądnym podejściem postawienie na produkcję narządzi dla tych którzy chcą brać udział w ruchu Web 2.0 (na gorączce złota najwięcej zarobili producenci szpadli i wiader).
To jest rozsądne podejście ![]()
Co więcej - praktycznie sprawdza się na 100% - żywe przykłady? Proszę bardzo: wielkie portale kupują właśnie takie aplikacje, żeby za ich pomocą poszerzyć swój zasięg lub nie stracić istniejącego. Albo jeszcze - przecież dlatego nie ma sensownego portalu bez narzędzi web 2 - blogi, fotoblogi, sieci społeczne, fora dyskusyjne/tematyczne (nie dotyczy to bezpośrednio usenetu). Owszem: to nie jest zarabianie czystej kasy, ale trzymanie zasięgu - tym niemniej idzie to w kierunku o którym piszesz. Oczywiście IMVHO ![]()





![[Valid RSS]](http://born66.net/skins/v5/validRSS.gif)



