Mamy w pełnym rozkwicie tzw. dłuuuuuugi łikend. Więc korzystam. Pełnymi garściami. Wziąłem regularny urlop - do pracy wrócę w poniedziałek 8 maja! W sumie dziewięć dni wolnego. W firmie podobnie - będą pustki aż po horyzont. Na posterunku został Wiktor, zatem jestem spokojny :)

A mój plan na weekend jest prosty: nuuudzić się i pobyć z rodzinką.

W sumie właśnie dla rodziny wziąłem to wolne. Odkąd Anetka w początkach kwietnia wróciła do pracy, zaczęły mnie gnębić wyrzuty sumienia, ponieważ to na jej głowie wylądował Kacper i Paulinka wraz z całym inwentarzem i gospodarstwem domowym.
To ona musi stanąć na głowie/rzęsach, żeby to wszystko się nie zawaliło, podczas gdy ja od wtorku do piątku włącznie pozostaję na krakowskiej stancji jak jakiś student, czy inny słomiany wdowiec. A ponieważ Kacper daje ostatnio strasznie popalić nocami (budzi się co godzinę lub nawet częściej), więc tym bardziej mnie to męczy ...

Moja obecność w domu jest potrzebna nam wszystkim.
A ponieważ nie planujemy żadnego wyjazdowego urlopu w lecie, zatem tym bardziej nie mam problemu, żeby wykorzystać ten czas na zwykłe pomieszkanie z najbliższymi.

Od soboty zapodajemy sobie popołudniami i wieczorami drugi już sezon 24 godzin, który nas ostro wciągnął ... pewnie skonsumujemy też trzeci sezon... Ja wyliczam pieprzone podatki i zastanawiam się z małżowinką, jak zalepić debeciak w PKO BP... Potem pewnie zajrzę do mechanika samochodowego, bo w kabinie mam zapach benzyny... itd. itp.
Dżast lajf.