Komentarz opi'ego o sklejonych kartkach znów obudził jedno z moich wspomnień szkolnych. A konkretnie: o tym, jak na własne życzenie niemal nie przewaliłem matury z języka polskiego i jak moje dupsko uratowała/ały nauczycielki ...

Słowo daję - nie pamiętam na jaki temat pisałem to maturalne wypracowanie z polaka ... ale pamiętam, że dla mnie był to temat średnio wygodny. Mocno go nagianałem - dość, że w jednej szufladzie musiałem trzymać Josepha Conrada i Marię Dąbrowską ...

Tak, czy owak - gdy opuściłem salę około godziny 12:45 (cholera - jak ja to zapamiętałem?) i ledwo przeszedłem parę metrów korytarza ... nagle z sali wypada jak bomba moja wychowawczyni Stasia Bizoń. Dobiega do mnie, chwyta mnie za ramię, zatrzymuje i z wiercącym wzrokiem i łamiącym głosem szepcze:
- Dziecko ... coś ty zrobił!
- Dzięki Bogu, że zanim pracę dostał dyrektor to pani Charpkiewicz i ja przeglądnęłyśmy ją...
- Miałeś cztery razy nazwisko Dąbrowskiej napisane jako DOMbrowska - zdążyłyśmy ci to poprawić!

Nogi mi się ugięły ...
Do dziś nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.