Właśnie mija drugi dzień pracy po moim pierwszym letnim urlopie. Miałem dwa tygodnie wolnego. Jadąc w poniedziałek rano do pracy czułem żal, że to już koniec i pora na standardowy dzień roboczy. Owo poczucie żalu jest dowodem raczej udanego urlopu. To akurat mnie cieszy, bo mój urlop przebiegał inaczej niż sobie wyobrażam urlop właśnie ... Otóż urlop wyobrażam sobie jako oderwanie się od pracy, czyli zostawienie jej w pracy, a nie zabieranie do domu; wyobrażam go sobie jako zupełne zignorowanie codziennych obowiązków domowych. Odsunięcie (na tyle, na ile to możliwe) każdorazowego i szczegółowego doglądania dzieciaków, pilnowania regularnego zaopatrzenia lodówki, znalezienia czasu na spokojne oglądnięcie zaległych filmów, znalezienia czasu na lekturę książki, która się kurzy na półce itd.
Tymczasem ten mój urlop wyglądał jak przeciwieństwo tego docelowego, wymarzonego urlopu.
Najpierw pojawiła się ekipa montująca cztery plastikowe okna z jednoczesnym wyrywaniem starych drewnianych. Dodam dla jasności: właśnie te okna skonsumowały niewielkie wolne środki finansowe - więc zamiast jakiegoś wyjazdu wakacyjnego, była inwestycja w środki trwałe infrastruktury mieszkalnej.
To dość w sumie rozsądne.
Potem większość urlopu, to była wizyta szwagierki wraz z mężem i dwójką dzieci (półtora roczny chłopiec i trzyletnia dziewczynka). Zatem zamiast odpocząć i złapać luz od dzieciarni nastąpiło coś zupełnie przeciwnego - codzienna wzmożona uwaga skierowana na trójką dzieciarni (doliczam tu oczywiście mojego Kacperka). Jak możecie się domyślić dzieciaki wstawały o różnych porach dnia i nocy, kładły się spać o innych porach, jadały o innych porach, śmieciły i brudziły się inaczej etc. Zatem próba wybrania się z nimi gdzieś poza dom i poza miasto to były każdorazowo potężne operacje przypominające lądowanie aliantów w Normandii ... Zniszczenia zresztą podobne. Samo sprzątanie chałupy zamiast odbywać się raz w tygodniu (to wystarcza na naszą rodzinę i tylko jednego małego Kacpra) odbywało się w zasadzie codziennie - nie mówiąc o praniach (liczba mnoga jest użyta świadomie), zakupach żywnościowych itp.
Było naprawdę ciężko.
Na szczęście mieszkam w jednorodzinnym domku z ogrodem, a pogoda pozwoliła w większości spędzać czas w ogrodzie, gdzie m.in. ustawiliśmy basenik z wodą, żeby dzieciarnia mogła się pluskać. Tym bardziej się to przydało, iż lampa była/jest momentami niemożebna ...
Ale w ogólności się udało - przetrwaliśmy. Głównie przez pogodę pozwalającą opuścić dom. Więcej - pewnego dnia udaliśmy się do Kinoplexu w Bielsku-Białej i szwagrostwo wspomagane przez Paulinkę i jej koleżankę Agę zaopiekowało się całością dzieciarni włącznie z Kacprem przez ponad dwie godziny. Wtedy ja i Najlepsza z Moich Żon udaliśmy się na seans - pierwszy raz od ponad 2 lat razem oglądnęliśmy w kinie film - tu: Szklana pułapka 4.0
Kiedy siostra żony wróciła już do Rzeszowa, miałem do końca urlopu trzy dni. I wtedy wprowadziłem w życie wariant awaryjny: lenistwo do kwadratu. To chyba był dobry wybór. W efekcie wczoraj rano wracałem do firmy zawiedziony, że znów trza iść do fabryki ...
W sierpniu już mam klepnięty drugi dwutygodniowy urlop. Podobnie jak poprzedni spędzę go w miejscu zamieszkania - tym razem raczej już aktywnie: będę miał zapewne kuchnię i pokój Paulinki do malowania - podobnie jak jeszcze nie pomalowane szpalety wokół nowych okien.
autor: empiryk, 24.07.2007, 17:08:35, 6, artykuł ma już:294 dni, 6 godzin, and 50 minut!