Spory takie jak ten Ziobry z notariuszami o wysokość ich urzędowych taks są bardzo ważne dla zycia publicznego. Uczą nas. Uczą nas - obywateli. oto mamy z jedne strony silną i dotąd nietykalną grupę zawodową, która opiera swoją pozycję tylko na tym, że jest: jak w książce Kosińskiego Wystarczy być - płaćcie mi za to, że jestem.
Z drugiej mamy populistycznego ministra partii władzy, który idąc jak czołg realizuje swoje cele - oczywiście dla dobra obywateli (sic!)

Z obu stron mamy krętactwo i żonglerkę danymi tak, aby wyszło na moje, mojsze albo nawet najmojsze.

Kręci ministerstwo bawiąc się danymi o dochodach notariatu:

W grudniu Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło drugą wersję rozporządzenia. Nadal przewiduje ona zmniejszenie taks o połowę, ale resort sprostował dane co do wysokości zarobków notariuszy. W pierwszej wersji 1,7 tys. notariuszy w 2005 r. miało przychody w wysokości 2,8 mld zł. W drugiej spadły one do 800 mln zł.

Czyli w sumie nie wiadomo, czy ten biedny notariusz ma miesięcznie 90,000 zł, czy - o la boga! - ledwo na waciki: 20,000 zł! Bo to, że różnica jest znacząca jest faktem i uderza.

Z drugiej widać żenującą (przepraszam za niewłaściwe użycie słowa:) argumentację przedstawiciela notariatu:

Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że wysokie taksy notarialne są barierą przy kupowaniu mieszkania, ale nie podaje przykładów osób, które z powodu tego, że nie stać je na taksę, zrezygnowały z zakupu mieszkania - denerwuje się Lech Borzemski, członek Krajowej Rady Notarialnej.

Padłem na podłogę. Czy ten człowiek nie widzi prostego faktu, iż jak ktoś decyduje się na kredyt hipoteczny, który będzie spłacał (najczęściej) do końca swojego życia, to nie ma ludzkiej siły, żeby się przed tym cofnął widząc stawki notariusza. I nie dlatego, że są one niskie - są horrendalnie wysokie - ale zwyczajnie on musi je zapłacić o ile chce mieć mieszkanie.
I dalej - kolejna piękna myśl notariatu:

Jasne, że w obronie notariuszy nie padnie żaden głos ze strony opinii publicznej. To oczywiste, każdy chce mniej płacić. Nie można jednak przekroczyć pewnej granicy, poza którą jest już tylko upadek instytucji - twierdzi Borzemski.

Rzecz jasna: jest w tym ziobro - tfu: ziarno - prawdy, bo płacący takie stawki - w zasadzie: haracze - obywatele nie będą bronić swoich krwiopijców, ale śmieszy mnie histeryczny ton notariusza o niechybny upadku instytucji.
Czyżby wcale nie widział, że nikt ich nie broni właśnie dlatego, że potencjalni obrońcy - czyli my, obywatele - nie lubimy płacić nieuzasadnionych (za wysokich) opłat?

No dobrze- wracam do początku - napisałem, iż takie historyjki nas uczą ... Ale do diaska: czego one nas uczą?