Od minionego piątku 27.10 na bieżąco noszę okulary. Normalne, plus 0,5 - czyli do czytania i do pracy z komputerem. Dla mnie to jakiś rodzaj symbolu. Oto moje ciało zameldowało trwałe i nieodwracalne zużycie.

Co za problem, powiecie?
Ano problem. Za nieco ponad 90 dni skończę 41 lat, ale fizycznie czuję się dobrze. Mentalnie oczywiście jestem dwunastolatkiem, jednak fizycznie jest zadowalająco. W tenisa i/lub w skłosza dotrzymuję młodszym o naście lat.

Wiosną rozmawiałem z moim kolegą ze szkoły średniej - Ziutkiem, który mocno narzekał, że w naszym wieku trzeba się pogodzić z brakami wydolności i znacznie się oszczędzać, a leczenie urazów i kontuzji trwa o wiele, wiele dłużej. Dobrze - co do tego ostatniego się zgadza, ale nie wynika z tego, iż mam już teraz się jakoś drastycznie oszczędzać i unikać pójścia na całość. Przeciwnie - jak trzeba, to trzeba iść na całość z dwudziestośmiolatkiem i tyle. Czemu mam już teraz być jak pięćdziesięciolatek?
Nie zgadzam się!
Jak będę musiał, to owszem, jednak póki co trzeba walczyć.

W tym kontekście patrzę na te moje okulary jak na pewnego rodzaju życiowe wydarzenie - no cóż: to nie to samo, co naciągnięcie ramienia w skłosza - ono się wcześniej, czy później zreperuje; tym razem stało się coś, na co nie mam wpływu. Żadnego. I to jest początek równi pochyłej - szanowny okulista zaprosił mnie na następną wizytę za trzy-cztery lata. No i może tak się właśnie spotkamy.
Jeszcze z innej perspektywy oto mamy kolejna manifestację rozdziału ciała od myśli, ducha od materii - ciał robi swoje, choć ty sobie i o sobie myślisz całkiem inaczej - wbrew tendencji cielesnej powłoki. Uwgag jednak na drobny niuans - nie jestem radykalnym kartezjanistą - jesteśmy nieodrwacalnie uwięzieni w ciele, bo jesteśmy ciałem, jesteśmy czymś więcej niż ciałem.
Dlatego, mimo pewnego smutku pozostaje mi nadal spora dawka optymizmu. Nawet zza szkieł.