Czuję wewnętrzny przymus napisania poniższej notki. Zwyczajnie: muszę.

Od razu zaznaczę: jestem neandertalem - starym, tępym, pozbawionym wszelakiej otwartości betonem. Takim swoistym mocherem internetowym.

Ale może nie całkiem nadaję się wyłącznie na odstrzał?

Otóż dochodzę do przekonania, że Internet - ten, który znam - zszedł na psy. Zdziadział. Zachamiał. Że dawniej, to było fajnie, a teraz jest nie fajnie. Jest beznadziejnie wręcz. Nastąpił upadek i degeneracja.

Kiedyś to było miło: maile były słane w plain-text i bez obrzydliwych tapet. Gdyby ktoś próbował wysłać html, to dostawał pouczenie i już był wyprostowany. Nie kwestionował słusznych racji, które inni bracia w internecie mu sugestywnie przedstawili.

A teraz co? Ponieważ każde niemal dziecię ma neosradę za pieniądze rodziców, to nie oszczędza łącza i śle mailem, co mu się nawinie.
Kiedyś prawdziwą społecznością internetową były grupy usenetowe. Miało to sporo zalet. Oto, żeby postować na newsy należało posiadać minimalną - ale jednak! - wiedzę, jak skonfigurować czytnik: nawet jeśli był to ułomny łapsluk. Przesiadając się na bardziej zaawansowane narzędzia - czy to Forte Agent, czy Xnews, na slrn'ie i 40tude Dialog kończąc - miało się poczucie wtajemniczenia i tego, że coś się osiągnęło pewien wyższy stopień wtajemniczenia.
Dyskusje w tych usenetowych społecznościach były tyleż gorące, co - to bardzo ważne - merytoryczne. Jak się trafiły trolle, to lądowały w kiffie lub były publicznie plonkowane. Takie typy musiały się sporo gimnastykować, żeby wyleźć z czarnej dziury...

Zbrodnią było postowanie w Win CP-1250 lub brak cięcia cytatów, czy brak poprawnego delimitera ... Zanim ktoś wysłał post, wiedział, że najpierw musi poznać FAQ danej społeczności.

Kogo to teraz rusza?
Teraz poważne przecież słowo: społeczność zużyło się i wypłowiało. Społeczność możne sobie - o zgrozo! toż to jest oksymoron - założyć byle dupek, który za 50 zł kupi sobie hosting i zainstaluje na nim jakieś forum.

Więc próg własnego, osobnieczego wysiłku i samodoskonalenia został drastycznie obniżony: to, co kiedyś wymagało twojego zaangażowania i wysiłku, teraz masz na pięć klików myszką i w całści przez przeglądarkę WWW.

Zmienił się także charakter poczty elektronicznej. Przestała być medium porozumiewania się i kontaktów z innymi. Teraz tę funkcję spełnia komunikator (Gadu-Gadu, ICQ, Jabber etc.) - a poczta jest wyłącznie taśmą transportową dla grubych megabajtów danych w postaci zdjęć z wycieczki, fotek z imprezy, empetrójek, czy dżołków zaszytych w pałepointowe prezentacje.

A usenet jest już tylko bladym cieniem niegdyś tryskającego życiem korzenia społeczności internetowej. Stał się polem durnych popisów dzieci neostrady lub zamkniętym kręgiem ezoterycznych oldskulowców jak piszący te słowa.

Jak kiedyś pisałem - w ten proces pauperyzacji intelektualnej Internetu wpisuje się coś, co skrywa się pod hasłem Web 2.0.

Kiedyś było tak, że można było się sensownie spierać - ba, nawet toczyć flame wars - np. o wyższość klawiaturowej obsługi SLRN'a nad względną sztywnością Gravity w tym zakresie. Obecnie mamy do czynienia wyłącznie z chlupotem błotka: przecież Windows już ma program pocztowy i przeglądarkę - po co mam szukać czegoś innego?
Ludzie coraz mniej widzą różnic między swoim desktopem, a wszechświatową siecią. Skoro ten plik Worda otwiera się w ich komputerze, to dlaczego ma się nie otwierać na serwerze WWW?

Zgoda - pewne procesy są nieuniknione: choćby dryf medium porozumiewania się do komunikatorów online. Ale pozostałe mnie dziwią i zasmucają.

Przede wszystkim: unikanie własnego wysiłku, oczekiwanie, iż mnie się coś należy bo tak. Kompletny brak samodzielności. Uwiąd intelektualny - nawet wyedukowani ludzie nie umieją zadać poprawnie pytania związanego z internetem, ani zidentyfikować trapiącego ich problemu.

Dalej: prymat myślenia zadaniowego nad szacunkiem dla zasad. To ostatnie widzę w postępującej i daleko już posuniętej erozji zasad netykiety czy to w poczcie elektronicznej, czy grupach usenetowych.

I na koniec: upadek autorytetów. Przykrywa się to bełkotliwą i poprawną politycznie mową o społecznościach rozproszonych lub dziennikarstwie obywatelskim. W ten sposób kreuje się sztuczne gwiazdki, które plotą farmazony i nie umieją ich uzasadnić lub zobiektywizować.

Jak widzisz drogi czytelniku: jestem starociem, którego kurz (tzw.) postępu coraz grubiej przykrywa.