Ostatnio oglądałem w jakimś dzienniku tiwi (bodaj TVNowskie Fakty) jak to studenty szukają stancji zamiast akademika. Nie dość, że szukają ja szalone te studenty (oferty znikają na pniu), to pokazano aberrację w postaci dwóch dziewuszek, które bedąc na stancji robią casting (sic!) na współlokatorkę/lokatora.

To prawdziwe zboczenie. Ale cóż - takie widocznie ludziom w główkach się klimaty roztaczają.

A ja nigdy na stancji nie mieszkałem. Jestem dziecięciem akademika, ba - wielu akademików. Dokładniej - miasteczka studenckiego AGH w Krakowie. Zacząłem od bloku nr 16 (ul.Budryka AFAIK), potem sławetny Olimp, dalej i najdłużej - legendarny Strumyk, potem były jeszcze ekskluzywny Piast i raczej undergroundowa Nawojka. Bardzo dobrze wspominam też Żaczka.

I na tej podstawie twierdzę: tylko akademik nauczy cię studencie prawdziwego życia!

Akademiki uczą sprytu. Trzeba umieć łatwo i skutecznie dostać najlepszy z dostępnych pokoi - czyli potrzeba sporego zaangażowania i wysiłku przy zapisywaniu się. Tu nie tylko chodzi o kierowniczkę, czyli administrację, ale też o właściwe wejście w samorządzie akademika.
Potem jest tzw. życie codzienne - trzeba rozpoznać i zaprzyjaźnić się z portiernią, bo przecież muszą wpuszczać twoich znajomych z miasta i potem ich nocą wypuszczać - albo pozwalać im zostać do rana. Poniekąd to sprawa kluczowa.
A jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, to sprawa życia lub śmierci (ale o tem potem - jak mawiają starożytni Eskimosi).
Bardzo ważną jest kwestią jest odległość do - nazwijmy to - centrów rekreacyjnych: klubów, dobrze zaopatrzonych sklepów (preferencyjnie: nocnych), kin czy zwyczajnie - stołówki. Akademik ze stołówką jest bardzo cenny.
Akademik nauczy cię życia z innymi. Jeśli jesteś w tzw. ósemce (kwadrat mieszkalny - dwa pokoje dwuosobowe, dwa trójosobowe: całość ze wspólną łazienką - prysznic, ubikacja, dwie umywalki, dwa przedpokoje wejściowe), to musisz dobrze poznać zwyczaje sąsiadów zza ściany - te dzienne i te nocne i te chigieniczne. Sąsiedzi brudzący w sraczyku i pozostawiający ponad miarę długo swoje pranie we wspólnych miskach do prania są źle widziani. Imprezy rogrywajace się o różnych porach dnia i nocy za ścianą wyrabiają cierpliwość i zdolność rozsądnego odwetu.
Akademik nauczy cię orientacji w strukturze socjometrycznej danej społeczności. Trzeba wiedzieć, kto zawsze ma do pożyczenia cukier, podręcznik, działajacą lodówkę, lub kto może załatwić jakieś bonusy w administracji - np. uchylenie jakiejś kary porządkowej. Nie wspominam o najprostszej rzeczy - trzeba wiedzieć, gdzie najbliżej są ludzie z twojego roku/grupy/ćwiczeń.
Akademik nauczy cię przewidywania. jeśli planujesz jakąś biesiadę, to trzeba zadbać nie tylko o infrastrukturę lub zaopatrzenie, ale np. umiejętnie trzeba zaprosić sąsiada, sąsiadkę, żeby potem nie marudzili na odgłosy zza ściany - bo przecież sami piją z nami etc. Trzeba umiec przewidzieć reakcję portierki, której dyżur wypada w danym czasie itd.

W sumie najmniej ciekawie było w szesnastce - spory rygor i większość energii należało zużywać z jednej strony na zaznajamianie się z portierkami/rami, a z drugiej na fraternizację z obsługą administracji - przecież warto mieć w pierwszej kolejności czyste i mało podarte prześcieradło i poszewkę ... To pierwsze chyba mi się nie udało, z drugim było nieźle.

Potem przyszedł Olimp i chyba mój ulubiony Strumyk. Ponieważ był to już drugi i wyżej rok, więc było naprawdę ciekawie. Co prawda zima w Olimpie była ciężka, bo okna były diablo nieszczelne, a kaloryfery powyżej bodaj 8 piętra w zasadzie nie grzały, to jednak życie towarzystkie było całkiem fajne. Pierwszy rok spędzony w Strumyku był dość ciężki, bo przez ścianę sąsiadowaliśmy z dwójką gości z piątego roku przysposobienia obronnego. Obaj mieli wyborne układy z administracją i prowadzili podręczną melinę. A do tego jeden z koleżków uprawiał nader bujne życie erotyczne. przypominam, że w klasycznej ósemce ścianki są z jedenej warstwy płyty pilśniowej ... Generalnie koleżkowie studiowali w pełni, więc życie z nimi kosztowało trochę zdrowia.

Ale oni też w końcu odeszli, a wtedy nadszedł nasz czas - jeśli wiecie, co mam na myśli :)

Oczywiście mieszkałem z różnymi ludźmi. Jakoś trzeba było sobie radzić. Jednak jeden z moich współspaczy dawał mi się niekiedy mocno we znaki. On i jego dziewczyna byli zapalonynmi grotołazami. Często po swoich wyprawach przynosili do pokoju sprzęt: wierzcie mi długie zwoje ubłoconych lin z uprzężami śmierdzą intensywnie i długo.

O imprezach nie bardzo jest sens opowiadać, bo to temat rzeka :) Powiem może tyle, iż stałymi (często głównymi) uczestnikami byli właśnie ludzie ze stancji lub tubylcy krakowscy - no cóż, ktoś im musiał tłumaczyć, na czym polega życie studenta, rajt? A któż zrobi to lepiej niż my - studenty z akademików!

Relacje damsko-męskie. To rzecz jasna podstawa.
Właśnie dzięki bliskiemu sąsiedztwu akademikowemu, moja znajomość i zażyłość z Anettką - obecnie Najlepszą Z Moich Żon - rozwinęła się tak efektywnie!
Anettka mieszkała dwa akademiki dalej - w ósemce. Dziwny wkademik - same kujony ze ścisłych przedmiotów z UJotu. Ale cóż - radziłem sobie, choć parokrotnie niemal mnie musieli wyrzucać, bo zechciałem odwiedziny rozciągać powyżej magicznej godziny 23ciej. Innymi razy zwyczajnie automagicznie znikałem w ósemce i portierka nie mogła mnie znaleźć i tym samym wywalić. Z tym jednak nie należało przesadzać, ponieważ kontrola na bramce była tam ścisła i bez pozostawienia dowodu osobistego lub legitki studenckiej nie można było tam wejść - koszmar normalnie: jak w cholernym gułagu! Kiedyś pamiętam, że zwyczajnie ukryłem się za firanką na oknie i kiedy portierka (taka, chuda, wysuszona ruda) nie dość, że trzy razy wywoływała mnie przez radiowęzeł, to potem przyszła do pokoju, ale Anettka zgodnie ze swoją współlokatorką (pozdro Ania!) zgodnie zeznały, iż opóściłem je już jakiś czas temu. To były czasy!
No cóż - potem trzeba było odbyć pokutniczą drogę odzyskiwania dowodziku....

Dość ciężko mieszkało się też w międzynarodowym Piaście - bo chociaż położenie dogodne i stołówka na miejscu, i portierzy mało kumaci, i jakość pokoi wysoka, to jednak tłuszcza obcokrajowców zasiedlająca ten akademik niewiele miała wspólnego ze studiowaniem, a więcej z imprezowaniem i hałaśliwymi baletami na korytarzach. Mieszkałem już tam w małżeńskim pokoju z Anettką, ale obok nas zasiedliły się dwie polonuski z Rosji. Rozgadane, roztrzepane i durne do potęgi. A na dodatek postanowiły dorabiać na boku handlem towarem rozmaitym, więc częściej bywały na placu targowym, niż na uczelni. Potem był płacz i zgrzytanie zębów, kiedy nadeszły sesje. Sąsiadki miały tę wadę, że zwyczajnie były brudasami i zanieczyszczały boleśnie nie tylko wspólną łazienkę, ale i przedpokój. No cóż ... parę razy usłyszały naszą ocenę sytuacji i dopiero za którymś razem zadziałało. Przynajmniej we wspólnych pomieszczeniach użytkowych nastała czystość, więc nie musieliśmy się wstydzić przed obcymi.

Kończąc - jeśli czytają to studenty, to ludziska - unikajcie stancji i jeśli jest okazja, to tylko akademiki mogą zapewnić wam porządny kręgosłup moralny i zbudować waszą aksjologię wspólnotową.
Czego wam szczerze życzę!