dodane dotąd komentarze
"casting (sic!) na współlokatorkę/lokatora"
może oglądały "Smak życia" ![]()
Nie bardzo wiem, co to ten Smak zycia
ale pomysł castingu mnie rozwalił swoją durnością: nie da się poznać człowieka w ciągu 15 minut oficjalnej wizyty i rozmowy przy kawie - nawet tej prowadzonej w szczerej i przyjaznej atmosferze. Życie jest tak bogate, że za cholerę nie da się przewidzieć, czy ten kandydat/tka na współlokatora ci spasuje. Więc wg mnie nalezy zdać się na ślepy los - przynajmniej wtedy nie będzie się żałować, iż w castingu dokonało się złego wyboru ;P
... i tego Ci zazdroszcze!
ja niestety uczylem sie w swoim rodzinnym miescie (Poznaaaań!) i to bylo bledem (kiepska integracja z ludzmi...bo po zajeciach do domciu) zazdroscilem wszystkim akademikowcom ciekawszego zycia... z tego co widze ich relacje kolezenskie przetrwaly wiele WIELE lat... coz
Hmmm a ja mam odmienne zdanie an ten temat. Może to kwestia czasów. I ze swojego doświadczenia powiedzieć mogę, że jednak najlepsze imprezy to były na stancjach a nie w akademikach. Myślę, że to pewien znak czasów. Dzisiaj wiele akademików jest świetnie wyposażona, ale i ludzie inni. A te akademiki, w których wyposażenie upada goszczą w swoich pokojach raczej "element" niż studentów.
A może to ja miałem pecha? Bo w sumie studiowania nie lubiłem i nie lubię i chyba nigdy nie polubię ![]()
@Adam
Kontakty po zakończeniu studiów to inna brocha - chyba mocno zależy od ludziów ![]()
W moim przypadku (19 osób na roku pierwszych moich studiów) w zasadzie nic nie przetrwało. Mam kontakty żywę i częste z jednym kolegą - to mój przyjaciel, ale on akurat był tubylcem, więc w akademiku tylko się imprezował ![]()
@waltharius
Możesz mieć rację - to kwestia obyczajów i czasów. Tego już nie umiem ocenić, bo te naście lat juz minęło i zostały tylko wspomnienia (jak widać).
Ale u nas akurat poziom techniczny akademików nie miał związku z poziomem menelstwa ![]()
No tak. Studia to bez wątpienia mój napiękniejszy okres w życiu. Boże, co bym dał, aby do tych lat powrócić ...
Krzycho ma świętą rację : zero stancji, tylko akademik.
Przez 5 lat studiów, 4 - spędziłem w akademikach. Zaczęło się obiecująco : jakimś "dziwnym" zrządzeniem losu uznano mnie za kobietę i na początku 1 roku przydzielono miejsce w 3-osobowym pokoju razem z dwoma dziewczynami. Mnie to nie przeszkadzało, ale kierownictwo DS-u szybko się spostrzegło (jeszcze tego samego dnia) i zostawiło mnie na lodzie. Po interwencjach w dziekanacie otrzymałem miejsce razem z dwoma gośćmi z 5 roku (jeden z nich "spągował" - górnicy wiedzą o co chodzi, dla niewtajemniczonych wyjaśniam - był waletem) w DS7 "Zaścianek" (był to rok 1986). Przyjęli mnie ze zrozumieniem, dali kilka cennych rad i tak spędziłem z nimi jeden miesiąc. Dłużej się nie dało, bo chłopcy często zapominali, że ja jestem pierwszak, więc na całego imprezowali - oczywiście grzecznościowo brałem w tym wszystkim udział (uff, ostro było). Życie zmusiło mnie do poszukania sobie kwatery. Znalazłem, niestety parę kilosów od uczelni u jakiejś starszej kobieciny, dojazdy tramwajami często na gapę (wtedy nie było tylu kanarów co dzisiaj), albo na jednym bilecie przez cały tydzień (były dziurkacze, często podobne do siebie, więc można było wcisnąć potencjalnemu kontrolującemu kit). Stancja to tragedia - bez kontaktu z kumplami z roku i grupy nic samemu nie zdziałasz, przecież co dwie głowy to nie jedna. Więc po zajęciach musiałem przesiadywać w akademiku, żeby czegoś konkretnego się dowiedzieć. Stancja to zero życia studenckiego, zero interesujących znajomości, zero rozwoju. I tak musiałem przebiedować do końca 1 roku. Od 2 roku już takich problemów nie było - jako górnicy mieliśmy do dyspozycji oprócz Zaścianka tzw. "slumsy" przy Reymonta - potoczna nazwa godna warunków jakie tam panowały, ale nie narzekam. Przynajmniej wszyscy byliśmy w kupie, wzajemna pomoc, imprezy i te sprawy. Nadmieniam, że blisko była Nawojka z superdziewczynami z UJ (owszem tam była portiernia, ale chyba byłem studentem godnym zaufania, więc nie robiono mi większych kłopotów z odwiedzinami). Jak komuś było mało wszystkich wrażeń, mógł podejść na miasteczko do Akropolu (dziewczyny z WSP). Slumsy miały jeszcze inne plusy : sklepik na parterze, portiernię prawie niestrzeżoną, pod nosem stołówka, do sal wykładowych spacerkiem max.5 minut. I tak aż do końca 5 roku - ostatni semestr spędzało się już praktycznie w domu, przeważnie tylko raz w tygodniu jeździło się na seminarium dyplomowe lub konsultacje z promotorem.
A te walki z ZOMO - to już temat na inny czas.
Jeszcze raz powtarzam : tylko akademik (200-300 zł można przecież wydać, stancja tyle samo kosztuje), zero stancji.
Tak - faktycznie z tymi biletami robiłem podobnie: były dziurkowane, więc były (często) wielokrotnego użytku.
Współczuję ci mieszkania z ludźmi z 5go roku, gdy byłeś freszmanem ... to ciężka dola.
Slumsy oczywiście pamiętam, bo bywałem tam regularnie w klubie Pod przewiązką na wieczorach muzycznych, giełdach audio i później - na kursie rock'n'rolla w wersji sportowej (a co!).
Dla objaśnienia - nazwa klubu jak najbardziej adekwatna, bo mieścił się w podziemiach pod zabudowanym korytarzem łączącym dwa akademiki - czyli pod przewiązką
zarąbisty artek! uśmiałem się po pachy
))
ALE
są stancje i stancje. bywają też twory zwane mieszkaniami studenckimi a tam dzieją się rzeczy po prostu straszne/niezwykłe/nieprawdopodobne
. mieszkałem w czymś takim i na żaden akademik bym tego nie zamienił. w akademiku i owszem też mieszkałem więc mam co z czym porównywać. akademik jest spoko ale to właśnie mieszkanko studenckie pozwala w pełni rozwinąć skrzydła ![]()
Są stancje i są stancje. rzecz jasna.
Ja miałem być może pech, ale mieszkałem blisko 2 lata tu w Krakowie w takim miejscu - tzn. dla mnie to była noclegownia, bo pracujący jestem, ale wspólnie ze mną było czterach młodzianów studentów - zatem to było mieszkanie studenckie bez wątpienia. Jednak to była porażka w każdym calu - takiej obory w akademiku nie widziałem. Aż się sobie dziwię, że tak długo wytrzymałem.
Co do tych panienek z TV - najbardziej mnie uradowało, jak rzeczona szemrzącym głosem opowiadała, że za zaakceptowaniem Kuby (?) przemówił błysk w jego oczach i "to cieeeepło od niego bijące". Potem pan kamerzysta pokazał dorodnego... yyyy... chłopaka. Jakoś poczułam lekki niesmak i przeświadczenie, że dziewczyny misia szukały...
Akademiki przegrywają ze stancjami z prostego powodu : w takim Wrocławiu, 1/6 populacji miasta to studenci, głównie zamiejscowi. 120 tys. miejsc w DSach się nie uświadczy. 25% to góra...np. moja Alma Mater na 30k studentów ma 4000 miejsc w DSach. Stancje nie są znacząco droższe niż Domy Studenckie - a w relacji koszt / efekt, to odliczając dostępne łącza internetowe, stancje prawie zawsze wygrywają. Oferują lepsze warunki do nauki/zabawy/wypoczynku niż DS w których a to prądu nie ma, a to nie ma bata na niepokornych wspólokatorów...
... ja akurat mieszkam we własnym rodzinnym domu
(co ma swoje dobre i złe strony).
Ale też się zastanawiam - DS vs. osiedle niemal w całości wynajęte przez studentów wydziału
- jaka to różnica ?
@Tamaris
Dokładnie z ust mi to wyjęłaś ![]()





![[Valid RSS]](http://born66.net/skins/v5/validRSS.gif)



