Od pewnego czasu mam nowe obowiązki. I w tych ramach postanowiłem przyjąć na początek praktykantkę/nta do serwisu czatowego. Po ogłoszeniu w Internecie wybraliśmy grupę osób, które zaprosiliśmy na rozmowę. Zgoda - to jest tylko nieodpłatna praktyka, która w zasadzie daje poza doświadczeniem także wpis w papiery. Nie daje zarobku. Ale zaskoczyła mnie dziwna postawa kandydatów - jakby im nie zależało. Przychodzili niemal całkiem nie przygotowani.

Nie rozumiem tego. Jak staram się o przyjęcie gdzieś-tam, to przecież muszę się jakoś przygotować, żeby najpierw: nie wyjść na niekompetentnego lenia, a do tego zrobić jakieś wrażenie - coś takiego, dzięki czemu zostawię ślad pamięciowy u rozmówcy/wców.
Nic takiego się nie stało!

Dziwne to i zaskakujące. Zdaję sobie sprawę, że starający się o praktykę są spięci i stremowani, ale ja też tak się czuję przez pierwsze 60 sekund. Potem już jest z górki. Sam nie wiem, co jest przyczyną tego stanu rzeczy? Czy obecnie powszechna jest postawa: bo mnie się należy? Być może niektórzy tak sobie myślą. Albo że wystarczy wyklepać tych kilkunastu zdań CV/listu motywacyjnego i ci po drugiej stronie to kupią i wezmą za dobrą monetę?

Skoro wysłali swoje zgłoszenia do czatu, to wypadałoby chociaż na szybko obejrzeć aplikację i zobaczyć jak to się je? Zrobiły to może trzy osoby. Porażka. Na szczęście znajomość aplikacji nie była ani jedynym, ani głównym kryterium, więc całą rozmowę kierowaliśmy na inne tory niż weryfikacja biegłości użytkowania czata. Chcieliśmy poznać ich bardziej jako osoby, które mają określony charaktre, coś lubią, a czegoś innego nienawidzą - i głównie: jak radzą sobie w kontaktach z innymi - w szczególności w sytuacjach napięcia. Czy są w takich okolicznościach reaktywnymi cholerykami, czy przebiegłymi/mściwymi cwaniakami etc.
To właśnie - raczej pozamerytoryczne - kryterium ratowało na szczęście sytuację.

Całe te rozmowy były dla mnie dość kształcące - zobaczymy, czy dokonany wybór był właściwy?