Wczoraj i przedwczoraj TV4 puściła późną nocą - czyli po 22:30 - wyśmienity film dokumentalny Martina Scorsese zatytułowany No Direction Home: Bob Dylan (2005).
Film niezwykły. Wspaniały wręcz.
Film w którym nie ma w zasadzie ani jednego utworu muzycznego w całości, film przegadany - ale oglądając go masz wrażenie napięcia jak w niezłym thrillerze ...
Dla jasności (uprzedzając): od zawsze słuchałem Dylana, zdecydowanie bardziej wolę jego niż Leonarda Cohena.
No Direction Home: Bob Dylan to swoista biografia muzyczna Boba Dylana od początków do (mniej więcej) 1966 roku - do wydania Highway 61 Revisited, czyli do okresu tuż przed wypadkiem motocyklowym.
Zaczyna się od trudnego dzieciństwa, a kończy na etapie, gdy Dylan jest bożyszczem - kontrowersyjnym bożyszczem.
Scorsese stworzył zrównoważony film: jego podstawowy wątek budowany jest przez reżysera, ilustrowany bogato współczesnymi wypowiedziami osób z którymi Dylan się zetknął w 1-szej połowie lat 60-tych (Joan Baez, Mike Bloomfield, Allen Ginsberg, Tony Glover, Maria Muldaur i in.), a udział i wypowiedzi samego Dylana są tylko swoistym uzupełnieniem. Wychodzi z tego bardzo przekonujący obraz młodego piosenkarza, który najpierw poszukuje swojego miejsca, a potem staje się mimowolnym idolem całego pokolenia.
Dylan okazuje się poszukującym i dość niespokojnym duchem. Uwaga - nie jest kreatorem mód, trendów, stylów. Przeciwnie - widzimy go jako tego, który chce grać jak inni, poniekąd jest epigonem: np. Woodiego Guthrie, czy Johnniego Casha. Dylan najpierw jest wielbicielem Joan Baez, a potem ona staje się zaledwie jego cieniem.
Co wyniosło Roberta Allena Zimmermana na szczyty kariery?
Odpowiedź jest złożona. Najpierw - jego własna siła i chęć bycia sobą. Potem - udane (literacko i muzycznie) wejście w nurt folka - folka prawdziwego: takiego, który opowiada o zyciu zwykłych ludzi, o ich problemach, nadziejach i namiętnościach. Dalej: zbieg okoliczności - tu: wyjazd do Greenwich Village - stolicy ówczesnej amerykańskiej bohemy. Ponownie - zbieg okoliczności - czyli wstrzelenie się w klimat Ameryki po zamachu na J.F.Kennedyiego i M.Lutera-Kinga - tu: np. udział w marszu na Waszyngton.
Dylan jest mocno zdystansowany do własnej twórczości i bycia idolem. Zdecydowanie się odcina: wspaniała jest scena z konferencji prasowych 1966/67 r. kiedy poeta z zdziwieniem i rozbawieniem odpowiada na wydumane pytania dziennikarzy o rzekome głębsze, ideologiczne, światopoglądowe przesłanie swoich utworów. Oczywiście rodzi to cały wachlarz konsekwencji: włącznie z żywiołowymi oskarżeniami o zdradę (domniemanych) ideałów lewackich / folkowych / obywatelskich / równościowych etc.
Wyśmienite są relacje uczestników koncertów, kiedy Dylan zaczął swój elektryczny etap - pierwsza część koncertu akustyczna: publiczność zachwycona, potem przerwa i wychodzi elektryczny band (najpierw z Bloomfieldem, potem już z The Band), a publiczność milczy - nie ma braw, w przerwach tylko buczenie wyrażające niezadowolenie.
Kończąc: bardzo polecam ten dokument - pewnie się gdzieś przewinie w powtórkach jakiegoś tiwi. Warto go obejrzeć. To uczciwy obraz twórcy, który będąc sobą, w pełni wykorzystał swoje 5 minut ...
autor: empiryk, 24.05.2006, 10:00:56, 3, artykuł ma już:2 lat, 97 dni, 20 godzin, and 6 minut!