Ponieważ mam już swoje lata :) postanowiłem króciutko napisać o moim jakże uregulowanym stosunku ... do służby.

Otóż najprawdopodobniej jest to stosunek uregulowany, choć w koszarach byłem jeden raz w życiu - na przysiędze kolegi z klasy, który (wtedy) wiązał swoją przyszłość z wyższą oficerska szkołą wojsk pancernych. Chyba chciał - idąc w ślady starszego brata - zostać piątym pancernym.
Dwa lata później powitaliśmy go z powrotem w domowych pieleszach ... na trwałe.

Ja przygody kolegi obserwowałem z daleko posuniętym dystansem :) Owszem - jako student uczelni cywilnych, zostałem skierowany na tzw. studium wojskowe, które miało odbywać się gdzieś w okolicy czwartego roku. Okoliczności jednak sprawiły, że nastąpiło to w roku 1988/89, kiedy krakowska brać studencka zdecydowała o bojkotowaniu studium wojskowego. Włączyłem się do tej akcji bardzo ochoczo. I tak już zostało.
Zero wpisu o studium w indeksie, zero wpisu w książeczce wojskowej...

Potem już wypadki potoczyły się właściwym trybem: Ministerstwo Obrony uznało, iż nie ma dość kasy na utrzymywanie tysięcy studentów na tzw. przeszkoleniach wojskowych - tych sześciomiesięcznych. Zwyczajnie: załapałem się na abolicję od wojska.

Gdzieś w międzyczasie moja książeczka wojskowa zniknęła - tak zwyczajnie: zgubiła się trwale. Ale Wojskowa Komisja Uzupełnień też się tym jakoś głębiej nie przejęła i nawet mnie nie wzywała, żeby w tymże kluczowym dla obronności naszego kraju dokumencie wpisać, że (na przykład) swój obywatelski obowiązek wypełniłem/nie wypełniłem i że stosunek mam uregulowany. Potem (AFAIK) się gdzieś doczytałem, iż po 27 roku życia to MON mnie już nie wezwie na owe 6 miesięcy, a następnie, że bodaj po 32 roku żywota doczesnego z automatu mam stosunek do armi należyty i jestem poza tym bajzlem.

I mnie to generalnie w 100% pasuje.

Nie utożsamiam obowiązku obywatelskiego z patriotyzmem - wręcz przeciwnie: wierzę, że w czasach pokoju europejskiego przymusowy pobór do armi jest drastycznie anachronicznym przeżytkiem: jest wyłącznie przeszkodą zarówno w życiu młodych mężczyzn (świadomie nie wymieniam kobiet - bo to w armii samców wyłącznie wada), jak i samego państwa.
Jedna ważna uwaga: w pewnym sensie jestem militarystą, który nie był w wojsku wyłącznie dlatego, że było/jest ono w Rzeczpospolitej obowiązkowe. Jestem militarystą: uwielbiam szereg spraw związanych z armią, bronią, akacjami bojowymi itd. ale opieram się prostym założeniu: to jest zabawa dla chętnych, dla armii zawodowej, z zaciągu. Koniec. Kropka.