Wczoraj ojciec miał wypadek. Obcinał w ogrodzie tuje używając wysokoobrotowej ręcznej piły tarczowej - tzw. gumówki. Niestety, trzymał narzędzie jedną ręką. Przy trzecim, ostatnim drzewku, piła odbiła i trafiła na lewą rękę - na dłoń (dzięki Bogu, że na dłoń, a nie na przedramię). W efekcie stracił kawałek palca wskazującego i poważnie uszkodził palec środkowy lewej dłoni.
I tu zaczęła się jazda.

Jazda zaczęła się, ponieważ po zaopatrzeniu w domu, natychmiast wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na pogotowie.
Dla wyjaśnienia: w Andrychowie (który jest siedzibą 42 tysięcznej gminy) nie ma stacji pogotowia od blisko dwóch lat.
Tak oto zrealizowano część reformy służby zdrowia plus uzdrowiono(inaczej) finanse samorządowe - teraz pogotowie jest w szpitalu powiatowym w Wadowicach - czyli 12 km dalej. (dodajmy: poniekąd mieszkańcy gminy mogą czuć się szczęśliwcami, bo w Andrychowie mamy stację karetek pogotowia - więc w nagłych wypadkach karetka - chyba nawet dwie - jest na miejscu - dodaję tem komentarz jako swoistą ilustrację tzw. łże-liberalizmu)
Mimo obfitego krwawienia i narastającego bólu dojechaliśmy szybko do Wadowic. Niestety - nigdzie nie było oznaczonej stacji pogotowia, więc intuicyjnie wpadłem do głównego wejścia szpitala. Wyszło na to, że trafiłem dobrze. Oprócz nas w kolejce do zabiegówki była starsza kobieta ze zwichniętą nogą (upadła i zwichnęła), młody mężczyzna, który wetknął palec do maszynki do mielenia mięsa w czasie świniobicia oraz ofiara rozboju z pobiciem. Na stacji pogotowia byliśmy punktualnie o 14:15. Musieliśmy czekać sporo ponad kwadranas zanim pielęgniarka wpuściła troje poszkodowanych do rentgena (!). Na razie nikogo nie przyjmowano w zabiegówce, ponieważ - jak dowiedzieliśmy się z ust pielęgniarki (a w zasadzie salowej) - na stole operacyjnym trwał skomplikowany zabieg szycia mężczyzny przywiezionego z wypadku drogowego. Potem to udało się naocznie potwierdzić - ojciec zobaczył poszkodowanego w trakcie zabiegu.
Po prześwietleniu wypuszczono pacjentów z powrotem do poczekalni bez dalszych wyjaśnień.

Gdzieś po pół godzinie oczekiwania (w tym czasie przybywają nowi pacjenci) wezwano ojca do ambulatorium, ponieważ spośród oczekujących był w najpoważniejszym stanie (rana obficie krwawiła - gruba pielucha owijająca oba palce zaczynała przesiąkać). Tam właśnie zapatrzono go tymczasowo - złożono obcięty palec oraz (?) wypalono/zamknięto żyłę z której płynęła krew zmianiając jendocześnie opatrunek.
Ponieważ od wypdaku mijała właśnie godzina i ojciec zaczął wychodzić z szoku, zaczął też mocniej odczuwać ból - poprosił o coś przeciwbólowego: och ... wytrzyma pan ... - i nic nie dostał.

Następne (bodaj) 20 minut oczekiwania w kolejce pacjentów. W międzyczasie zakończono operację ofiary wypadku i drugi raz zawezwano ojca.
Szybko okazało się, iż w gabinecie zabiegowym nie ma wystarczającego sprzętu, aby przeprowadzić amputację palca i szycie palca środkowego. Więc rozpoczęto procedurę przyjmowania pacjenta na oddział chirurgii urazowej szpitala powiatowego w Wadowicach.

I to była właściwa jazda.

Okazało się, że (teraz prawdziwa) pielęgniarka przyjmując ojca musiała wypełnić całe hektary dokumentacji! Ja to poniekąd rozumiem. Taka jest konieczna procedura - w końcu trzeba wiedzieć, czy aby pacjent nie jest na coś uczulony i czy ostatnio nie miał jakichś poważniejszych schorzeń. Nie można mu przypadkowo zaszkodzić. To jasne.
Ale cała procedura biurokratyczna zajmuje wprawnej pielęgniarce ponad 20 minut, w czasie których musi - jak sama nam wyznała - 27 (słownie: dwadzieściasiedem) wpisać to samo! czyli imię, nazwisko i nr ubezpieczenia pacjenta (o adresie nie wspominając).
Tragedia.
A na biurku stał komputer.
Jednak te celulozę wypełnia się długopisem. Staroświecko. Nie ma oprogramowania, które ułatwiłoby pracę przy tak standardowej operacji.
Tragedia.

Ja oczywiście nie wiem, czy wcale nie ma takiego softu, ale w wadowickim, powiatowym pogotowiu go nie ma.

W czasie przyjęcia ojca salowa chętnie i uprzejmie na pomagała - nie mam uwag. W trakcie rozmowy wyszło, że lepiej będzie, gdy wrócę do Andrychowa i przyjadę do szpitala przywożąc pidżamę, bo szpitalana wygląda mocno nie-twarzowo, a jutro - czyli dziś w niedzielę - ma być w szpitalu telewizja i może będzie lepiej, gdyby filmowała ładnie ubranych pacjentów. To wyszło całkiem ubocznie i nie był to nacisk, ani sugestia - dodam dla jasności.
To zresztą zrobiłbym i tak, ponieważ zjawiłem się z ojcem tak, jak stał - czyli w brudnym robotczym ubraniu, a po całym wypadku nikt nie myślał, aby zabierać ze sobą cały szpitalny ekwipunek, prawda?

Kończąc: sama operacja amputacji trwała dwie godziny, a ojciec był pełen uznania dla chirurga i dwóch pielęgniarek - starali się zrobić to, co do nich należało starannie i dla dobra pacjenta.
Teraz ojciec jest w szpitalu. Pewnie pozostanie tam do wtorku.