Wczoraj wieczorem miałem drobną potyczkę graniczną z Najlepszą Z Moich Żon. Kontrowersja dotyczyła łyżwiarstwa, którego zawody olimpijskie oglądała Anettka i Paulinka. Ja natomiast nie bardzo chciałem :)
Ale dla rozproszenia własnej nudy i podtrzymania więzi zapytałem na czy polega ten cały Rittberger/Tullup/cokolwiek? (jeśli mam złą pisowanię, to wybaczcie)
Buuu ... zostałem zgromiony. Najlepsza Z Moich Żon nie wiedziała, czemu komentatorzy (bodaj mężczyzna i kobieta) zachwycali się genialnie wykonanym Rittbergerem?

I tak wróciłem do odwiecznego pytania egzystencjalno-garmażeryjnego dylematu: dlaczego pasjonujemy się jakimś sportem?

Przykład z łyżwiarstwem figurowym ma sporo zalet i jest dobrą ilustracją. Po pierwsze: można go oglądać dla samej przyjemności oglądania tańca. Celowo nie napisałem o przyjemności oglądania akrobacji, bo tu już zaczynają się wątpliwości: żeby ocenić akrobacje, które są esencją tego sportu trzeba widzieć naprawdę dużo o historii tej dyscypliny i rozmaitych kruczkach. Że jeden skok zaczyna się jadąc przodem, a kończy lądując tyłem, że inny wykonuje się z jednej nogi, a inny z dwoma - nie wspominając ilości obrotów/półobrotów zawodnika/niczki.
Taka suma wiedzy jest poważną barierą.
Innym przykładem dyscypliny wymagającej bardzo dużo wiedzy: judo. Ja osobiście straszenie ubolewam nad tym, że ta wspaniała dyscyplina wcale nie jest pokazywana w tiwi. Nawet wtedy, gdy nasi zawodnicy odnoszą sukcesy. Ostatni taki telewizyjny show z judo to były walki Legienia na olimpiadzie w Seulu 1988, gdzie zdobył złoty medal. Ale ja nie jestem reprezentatyną próbką - uprawiałem sportowo judo pond 4 lata i wiem, dlaczego dany rzut, czy inna technika zostały wykonane na wysokim poziomie.

Pewnie dlatego medialny triumf święcą sporty, gdzie nie jest potrzebna żadna wiedza lub jej minimalna suma. Np. piłka kopana lub biegi :)