Mimo, że sobota minęła w plusowej temperaturze, potem wszystko się zmieniło. We wotrek rano po ulicach Krakowa jeździło (optycznie rzecz biorąc) najwyżej 1/4 zmotoryzowanej populacji. Albo może mniej. Niestety mróz zabił także moją Almerę. Utknąłem pod blokiem. Musiałem wspomagać się bardzo pomocnym Mateuszem (pewnie to czytasz, więc ponownie: dziękuję). Ale to nie wystarczyło, bo przy finalnej próbie zapięcia kabli między akumulatorami naszych pojazdów jeden z tych kabli zwyczajnie się rozerwał! Dzięki Bogu na tym samym parkingu właśnie taksówkarz relizował identyczną usługę innej ofierze mrozu... i stary wyga taxi miał prawie dwumetrowe kable ;)

Ale ja o czym innym ...

Otóż kiedy nawet wspólna pomoc Mateusza i taksówkarza zawiodła, bo mój akumulator (ma ok. 2 i pół roku) prawie wcale nie reagował na spięcie z drugim, wtedy taryfiarz prostodusznie stwierdził: weźmiemy pana na hol i odpalimy ....
A ja jak idiota się zgodziłem.
Wbrew zasadom, że samochodów na pełnym 16to zaworowym wtrysku z łańcuchem rozrządu nie holuje się do odpalania, bo można zdemolować pół silnika ...

Na szczęście najzwyczajniej w świecie się udało. Nissan ożył. Ale przy mocowaniu holu musiałem wkręcić końcówkę haka - w zasadzie ucho. Przechowywałem go w bagażniku - taki solidny kawał metalu. Żeby go wkręcic należało zdjąć rękawiczki i gołymi rękoma zabrać się za robotę. Niestety - zimno zapewne odkształciło zarówno hak/ucho jak i jego gniazdo - nie udało się go wkręcić. Linkę musiałem zapiąć do elementu podwozia...

Jakież było moje zdziwienie, jak po godzinie obie ręce zaczęły mnie mocno szczypać i miałem wrażenie ich rozpalenia - wracając do domu już miałem na obydwu palcach wskazujących bąble odparzeniowe ...

Tak oto poznałem smak oparzeliny w wyniku odmrożenia ....