Trochę mi żal Małysza. Szczególnie dlatego, że sporo mediów rzuciło się na niego i zaczynają go podskubywać. To poniekąd nieuczciwe.

Po pierwsze dlatego, że era mistrza z Wisły minęła dwa lata temu, a nie w obecnym sezonie. Ale wtedy szanowni dziennikarze woleli nie widzieć oczywistych faktów i wierzyć, że będzie dobrze. Po drugie dlatego, że stawianie Małyszowi obecnie jakichś wymagań i oczekiwanie wyników medalowych jest pomyłką. Małysza już nie ma.

Nie istnieje on już w sensie sportowym. Nie jest w stanie nawiązać walki z obecnymi liderami. I to nie jest zarzut!

Zwyczajnie: fenomenalna forma już minęła. Dawno mineła. Małysz ma swoje niepodważalne zasługi w tym dziwnym sporcie: skokach narciarskich. Dyscyplinie wykreowanej przez silną stację telewizyjną. Dyscyplinie w grunie rzeczy zupełnie nieinteresującej i nudnej. Wyobraźmy sobie - siedzi publika przez minimum dwie godziny na mrozie po to, żeby obejrzeć np. jeden lub dwa skoki swojego ulubieńca: skoki trwające trzy do czterech sekund. Co może być bardziej nudnego?