Napiszę to pod wpływem tej notatki.

Oto moje doświadczenie po serii wizyt w szpitalach, czyli po odchowaniu córy Paulinki i teraz, tuż po urodzeniu się Kacperka. Zarówno po narodzinach Paulinki, jak i teraz musieliśmy odwiedzić Szpital Dziecięcy w Prokocimiu.

Otóż są dwa rodzaje szpitali - zwykłe i zupełnie inne... te ostatnie to szpitale dziecięce. Nasze doświadczenie z tymi ostatnimi jest zarazem głębokie, jak i ogólnie: zniechęcające.

Dlaczego?
Bo wierzcie mi: trudno wyobrazić sobie miejsca o większym niż szpitale dziecięce nagromadzeniu w jednym punkcie nieszczęścia i bólu. To może wstrząsnąć. Tego się łatwo nie zapomina. Tylko tam w jednym skupionym, syntetycznym oglądzie masz całą masę chorób, kalectw, deformacji, tragedii.
Wizyta tamże - czy to jako bezstronny gość, czy to jako uczestnik tego fenomenu - zmieni cię. Potem już nic nie będzie takie samo. Nagle uświadamiasz sobie swoją małość, swoją bezradność - to, że jesteś więźniem losu, przypadku, swojego ciała. To uczy pokory. Dzięki temu uzyskujesz nowy ogląd swojego życia i miejsca w nim.
Oczywiście - to może zbudować cię i dać siłę; ale może równierz zdemolować twoje myślenie i odczuwanie.

Masz tam bowiem dwie strony tego medalu: egzystencji ludzkiej. Najpierw masz rzeczywiste i namacalne tragedie i nieszczęścia generowane przez setki chorób. A przy tym jest niezwykły obraz codziennego heroizmu, jaki wykazują rodzice tych dzieci lub ich najbliżsi. To oni są tymi, co obok ich dzieci niosą ten krzyż. Im należy się szucunek i podziw.

Na koniec - nie wiem, czy mam was zachęcać do odwiedzin w tych szpitalach, czy wręcz przeciwnie?

nie będę tego rozstrzygał za was. Zrobicie to kiedyś sami.
Ale jedno wspomnienie. Na frontonie prokocimskiego szpitala widnieje sentencja: Vita infantis, bunum superior (mam nadzieję, że nie przekręciłem tej łaciny).
I to jest prawda.