To nie tak miało być!

Od miesiąca czekałem na całą płytę Kate Bush - jak tylko pojawił się singiel King Of The Mountain zacząłem się lekko niepokoić. Owszem King Of The Mountain ma w sobie wystarczająco wyraźną dawkę autorki Wuthering Heights - ale zaledwie wystarczającą. Od dwóch dni mam całość - Aerial i już jestem pewien, że nie tego oczekiwałem po 12 latach milczenia chyba jedenj z moich ulubionych artystek.

Genialnie wyposażona przez naturę w głos i wrażliwość muzyczną Kate Bush zawiodła. Przynajmniej mnie.
Nie chcę jednak robić wrażenia, iż jej ostatni album to porażka - nie, zdecydowanie nie. Z pewnością jest bardziej interesujący i wymagający niż np. Sensual World czy - kompletnie nie trafiony - The Red Shoes.
Artystka z pewnością przez ponad 5 lat pracy nad tym concept-albumem nadała mu staranny i przemyślany kształt oraz brzmienie. Pewnym jest, iż to, co słyszymy na Aerial było w zupełności kontrolowane i jest takim, jakie ma być.

Ale proszę nie mieć złudzeń: Aerial ma jedną fundamentalną wadę - po przesłuchaniu nic z niego nie zostaje w pamięci!
To mój główny zarzut.

Płyta pod względem muzycznym i stylistycznym jest dość spójna. Jest pewnym pomostem między melodyjnymi wariacjami z towarzyszeniem pianina, jakie znamy z dwóch pierwszych albumów K.Bush, a mglisto, rozmytym i lekko niepokojącym Hounds of Love. Ale nie ma siły i wibracji jakie fani znają z Dreaming czy wspomnianym Hounds of Love. Aerial w tym drzewie genalogicnzym jest raczej zapisem intymnych przeżyć bez głębszego wsparcia w klimacie muzycznym. Słuchając tego nie ma się wrażenia obcowania z tajemnicą i czymś nie wyrażalnym - a to właśnie było w skondensowanej dawce w obydwu wspomnianych płytach z 1982 i 1985 roku. Wtedy - ponad 20 lat temu towrzyszył temu jeszcze niebywały rozmach instrumentacyjny - tamta muzyka mogła porwać, przerazić i zachwycić. Natomiast Aerial zwyczajnie - płynie sobie i płynie.
I tylko tyle.

Dokłanie przeciwne odczucia miałem, gdy odsłuchałem ostatni album długogrający Sistars zatytułowany mało wyszukanie i trochę grafomańsko AEIOU. Obawiałem się tego albumu - zawrotny sukces lat poprzednich i debiutu mógł młodzieży zawrócić w głowie.
Na szczęście tak się nie stało.
AEIOU oraz Aerial dzieli wszystko - a w szczególności to, co wskazałem: z AEIOU zapamiętasz co najmniej 10 utworów - z Aerial przy łucie szczęścia jeden.

Już sam początek jest z wykopem - około półtorej minuty mocnego funku, jakiego można się spodziewać raczej z okolic Artysty Znanego Niegdyś Jako Prince niż z Kraju Nad Wisłą. Ledwo milknie pierwszy 'AEIOU' rozpoczyna się ostra jazda: 'Listen To Your Heart' nie powstydziłby się Jamiroquai.
A potem jest już tylko lepiej!.

Ale AEIOU potwierdził mi tylko to, co wiedziałem już wcześniej - dziewuchy z Sistars mają niezwykły talent, ale zespół Sistars jest co najwyżej przeciętniakiem - oni nie umieją posługiwać się instrumentami. Aż mi dech zapiera, jak sobie wyobrażę wokalistki Sistars wsparte muzykami z prawdziwego zdarzenia - wirtuozami jazzowej pulsacji.

Kończąc - gorąco polecam zatem na jesienne dżdżyste wieczory album Sistars.
Płyty Kate Bush raczej nie musicie kupować.