Wczoraj odgrzebałem bootleg Steve Ray Vaughan'a z jego występem na jakimś festiwalu we Włoszech.
I słuchając tych nagrań uświadomiłem sobie, że to chyba jedyny muzyk rockowy/bluesowy, którego śmierci dotąd nie umiem zaakceptować.

Słuchałem go od początku, jak tylko jego płyty zaczęły się pojawiać w Polsce - bodaj za sprawą Antka Piekuta i Janka Chojnackiego (wtedy w Trójce). Teksański, biały blues zawsze mi odpowiadał - nawet bardziej niż czarne synkopowanie rodem z Chicago. SRV był genialnym muzykiem - technicznie nie ustępował Hendrixowi, ale niestety miał pecha pod względem autorskim: nie umiał znaleźć sobie dobrego autora, który pisałby muzykę w której mógłby pokazać wszystkie swoje talenty.
Zatem ścieżka jego solowej kariery była raczej kręta, a krytycy dość cierpko oceniali jego studyjne dokonania. Ale wystarczyło posłuchać go na żywo i już zyskiwało się poczucie, iż oto mamy do czynienia z nieprzeciętnym talentem. Szczególnie widoczne to było, gdy wykonywał covery - np. Superstition (S.Wonder) czy hendrixowski Voodoo Child (Slight Return).

A kto pamięta maestrię jego solówek w cudnej balladzie Tin Pan Alley?

Niestety, SRV odszedł za wcześnie, zginął w katastrofie śmigłowca w 1990 r.
Pozostają tylko nagrania.