Miniony tydzień był niezwykły. Wspaniały. Niepowtarzalny.
Ale bądźmy ostrożni, by idole nas nie zaślepiły.

Media przekonywały, że Polacy nagle stali się życzliwi wobec siebie, bo największy Polak przełomu XX i XXI wieku zmarł w glorii świętości. Ale czy to prawda?
I faktycznie - kościoły, place, Błonia - zapełniły się ludźmi poruszonymi do głębi. Nikt ich nie zmuszał - przyszli z własnej woli, ich łzy nie były udawane. To fakty.
Ale - oby idole nas nie zaślepiły. Obawiam się, że znajdzie się teraz nie mała rzesza chętnych do stawiania pomników, nadawania imienia, usypywania kopców itd. -- jednak wiem, iż na pewno nie o to chodzi! Gdyby tak miało być, należałoby uznać, że do tych ludzi Wojtyła nie przemówił - oni go nie rozumieją.
To nie jest ziarno zasiane przez ten pontyfikat.
Wojtyle w jego posłudze piotrowej nie o to chodziło.
Żeby było jasne - mam poczucie, iż Jan Paweł II był świętym człowiekiem.
Nie zastanawiam się, czy rzeczywiście w sensie kanonicznym wypełnił swoim życiem kryteria zaliczenia do grona świętych. Ale idol podczepiania się pod Wojtyłę już wyściubia swoją ochydną mordę w Polsce. Wojtyła pochylał się nad człowiekiem, zwykłym -- takim jak ja lub ty. Ale nie chciał być stawiany na piedestałach. Do cna był świadom swojego człowieczeństwa: niedoskonałego, niepewnego, błądzącego, ale żyjącego w nadziei.

Uczmy się Jana Pwała II, a być może lepiej poznamy siebie samych.