Zrozumiałem, choć późno. Wcześniej nie widziałem tej perspektywy. Wydawało mi się, że papież powinien unikać epatowania swoją starością i schrowaniem. Odbierałem to jako coś nie na miejscu.
I nagle stało się jasne i oczywiste.
To jest tylko człowiek - zgęty brzemieniem choroby parkinsona. Właśnie to jest istotne - to był człowiek tak samo, jak moja babcia Kasia, czy matka. On się zmagał -- ze sobą, z chorobą i brzemieniem losu: Totus tuus.
Zrozumiałem to w jakimś dziwnym błysku intuicji nie znoszącej sprzeciwu i dającej pewność zupełną.

To bardzo dziwne i niezwykłe -- nagle to, co odbierałem jako starczy upór okazało się jakże dosłownym naśladownictwem Chrystusa. Wojtyła okazał się człowiekim konsekwentnym w swoim zawierzeniu Jezusowi -- dlatego przyjmował coraz to nowe przypadłości godnie i nosił je publicznie. Właśnie dlatego. Owszem: ciało słabe, ale tu wyrażała się moc ducha tego człowieka!
Nie wiem, jak to sie stało, że wcześniej byłem na to ślepy. Zrozumiałem to dopiero 1 kwietnia.