Nie lękajcie się - to chyba najważniejsze przesłanie ostaniego tygodnia. Tygodnia agonii Jana Pawła II, jego śmierci i złożenia w grobie. Bardzo celnie odnotował to Tomek.

Dziwny to w rzeczy samej czas. Bardzo. Ale przecież nie często jesteśmy świadkami, a nawet może uczestnikami rzeczy wielkich i ważnych dla czasów w których przychodzi nam żyć.
Bo to właśnie się dzieje. To jest naocznie jawne, że tak powiem.
I nie chodzi tylko o to, iż ja jako osoba wierząca, jako katolik odczuwam bolesne i dławiące duszenie i z trudem postrzymuję napływ łez, gdy widzę obrazy i wspominki Karola Wojtyły. Bo jedno jest zaskakujące i zupełnie niezwykłe w tej całej sytuacji - zasięg poruszenia, jakie wywołała śmierć papieża-Polaka.

To nie jest wyłącznie kwestia katolików i to Polaków-katolików. To poszło o wiele, wiele dalej. I stało się to samorzutnie.
Nikt tym nie steruje, ani nie kieruje. To dzieje się samo.

I druga rzecz, która mnie zdumiewa. Nie sądziłem, że osobę i działalność Wojtyły można odczytywać na tak wielu rozmaitych płaszczyznach. Od religijnej, przez polityczną, ekonomiczną, ideologiczną, artystyczną, a na moralnej i ekumenicznej skończywszy ("skończywszy" - nie wiem, czy to jest właściwe słowo). Polak-papież wyrasta bezdyskusyjnie na postać globalną i renesansową wręcz.
I ponownie -- taki wydźwięk nie ogranicza się do kręgu konfesyjnie zdefiniowanego.

Ale co mnie niepokoi?
To, co już jest w zalążku dostrzegalne w Nie lękajcie się - że fala entuzjamu i przeżywania śmierci Jana Pawła II choć szeroka, to jednak generalnie okaże się być płytka i znknie w piachu szarego dnia powszedniego. Że za dni kilka łzy wysną i pozostanie tylko blade wspomnienie.
Tymczasem zadanie jest inne! Właśnie teraz zacznie się jego etap najtrudniejszy: bo już wiemy, iż Wojtyła był ważną postacią, człowiekiem, który chciał nas czegoś nauczyć. Choćby tego, że nie należy lękać się śmierci. Ale to tylko zalążek - teraz trzeba zacząć się wsłuchiwać w to, czego nie usłyszeliśmy wcześniej!
Sam to stwierdziłem u siebie ... gdy chciałem jakoś zrozumieć i uświadomić sobie, dlaczego wspomnienie Wojtyły tak mnie boli? Przecież tylko raz w życiu przez może 1,5 godziny widziałem Wojtyłę na żywo parę tygodni przed jego wstąpieniam na tron piotrowy. Parę tygodni przed konklawe poświęcał kamień węgielny w mojej rodzinnej wsi - w Roczynach, a ja wtedy ministrantowałem w czasie tych obrzędów.
Ponownie "spotkałem" go na Błoniach krakowskich w 1982r. -- ale to ma już całkiem inny wymiar. I dlatego właśnie nie pojmowałem do końca moich własnych reakcji -- owszem, zmarł papież-Polak, ale zmarł w końcu zupełnie obcy człowiek, zmarł daleko stąd. Więc czemu mnie to tak boli?

Więcej - teraz sobie uświadomiłem, że w zasadzie nie znam Jego nauczania.
Porażka.

I pewien jestem jednego -- że ww. opisana sytuacja jest wręcz powszechna! Ludzie płaczą, tysiącami wychodzą na marsze, msze, udają się w uciążliwą podróż do Rzymu na pogrzeb ... ale ilu z nich za miesiąc będzie znało choć jedną encyklikę Wojtyły?

Trzeba, aby powstały książki typu "Nauka Jana Pawła II w weekend" -- i to nie jest żart.