Minęło 20 lat od nadania mojej macierzystej szkole średniej imienia prof.Tadeusza Kotarbińskiego. Pamiętam te zdarzenia dość dokładnie. Zwłaszcza, że byłem pierwszym laureatem konkursu wiedzy i życiu i twórczości Kotarbińskiego, jaki zorganizowano w szkole. Być może nawet był to punkt zwrotny w moim rozwoju - zetknięcie z filozofią. Owszem, to było co najwyżej liźnięcie encyklopedyczne lub nawet mniej, ale ślad pozostał. We mnie i w innych.
Ale o czym innym chcę parę zdań. Oto widzę, że wśród rocznicowych prelegentów jest ówczesny dyrektor Zespołu Szkół Technicznych - E.Ryłko. I znów masa wspomnień - tym razem raczej niemiłych.

Bardzo jestem ciekaw, co powiedział w swoim wystąpieniu w którym miał opisywać genezę pomysłu na takiego a nie innego patrona szkoły? Żałuję, że nie mogę poznać jego wersji. Bo moja subiektywna wersja - być może w zupełności błędna - jest taka oto. Wydaje mi się, że wybrano Kotarbińskiego, bo jego postać i dorobek były w zgodzie w ówczesną polityką władz komunistycznych. Oczywiście nie chodzi tu o samego Kotarbińskiego, który komunistą nie był. Chodzi o ideologię (celowo unikam słowa "filozofia" - choć pewnie sama doktryna Kotarbińskiego zasługuje na takie miano) "dobrej roboty". Musimy bowiem mieć na względzie, iż jest to czas kiedy władze komunistyczne - także za pośrednictwem szkolnictwa - usiłowały zdezawuować środowiska wolnych związków zawodowych - środowiska "Solidarności". Fura energii szła na to, aby odwrócić uwagę ludzi od tego, co było istotne - od walki z własnym narodem przez stan wojenny i jego zbrodnie. Zamiast tego promowano usilnie właśnie to: organicznikowskie hasła "dobrej roboty", nie wyglądania poza własną miskę i kieszeń. Do roboty, a nie do politykowania!
W tym kontekście ograniczona, metodyczna i pozbawiona perspektywy politycznej doktryna Kotarbińskiego była wzmocnieniem oficjalnego ducha tamtych - złych - czasów.

Do tego idealnie pasuje postawa E.Ryłki. Jako dyrektor bardzo dużej szkoły był wiernym orędownikiem władz komunistycznych. Był wtedy jedynym nauczycielem "Propedeutyki Nauki o Społeczeństwie", który za pośrednictwem podręcznika ideologa komunizmu J.Wiatra indoktrynował nas nauką o siłach wytwórczych, walce klas i imperializmie USA i jego popleczników. Przy tym oczywiście przewijała się oficjalna nauka ekonomiczna o tym, że przedsiębiorstwa w gospodarce socjalistycznej mają być trzy razy S - samodzielne, samofinansujące się i samorządne. Oczywiście termin "wolne związki zawodowe" nie istniał.

Pamiętam scenę z "Propedeutyki" prowadzonej przez Pana Dyrektora. Otóż postanowił on zdecydowanie rozliczyć niejakiego Krzysztofa Kudłacika, który przyniósł wstyd szkole i rozczarował pana nauczyciela propedeutyki.
Otóż los chciał, że parę dni wcześniej odbyło się jakieś publiczne spotkanie przedwyborcze z "kandydatem na posła" (był nim wtedy z-ca Ryłki - pan Tadeusz Tomiak - mój późniejszy pracodawca w szkole o której mowa). oczywiście zagnano nas tam, czy tego chcieliśmy, czy nie. Spotkanie miało miejsce w budynku andrychowskiego liceum. I oto w obecności władz gminy, komitetu miejskiego PZPR, delegatów z powiatu w sekcji pytań od "społeczeństwa" zgłosiłem się ja - młody gniweny :) i zadałem bodaj cztery lub pięć (teraz sobie tego nie przypomniam) kłopotliwych pytań. Dotyczyły wolnych związków zawodowych, braku konkurencji politycznej dla tzw. kandydatów itd. W pewnym sensie było to szczeniackie, choć w poważnym tonie i na serio. Jednak rzeczywiście zrobiło to wrażenie na słuchaczach - pamiętam pierwsze rzędy z oficjelami, którzy niepewnie oglądali się w tył na mnie, gdy odczytywałem z kartki moje "pytania".

I z tego właśnie postanowił mnie rozliczyć E.Ryłko na lekcji - jego tyrada twałą chyba ponad 15 minut. Nie zwracał się wprost do mnie, ale do całej klasy - jakby chciał wywołać poczucie winy u wszystkich dziewietnaściorga uczniów klasy Vb. Oczywście nie miał zamiaru dać mi głosu, abym mógł np. się bronić lub podać jakieś wyjaśnienia. Bo przecież ponownie mogłem przynieść wstyd jemu i szkole. Osiągnał jednak swój zamiar. Przynajmniej częściowo. Bowiem o głos poprosił jeden z moich kolegów - Darek Mamica. Poczciwa dusza, uczciwy, porządny chłopak z dobrego domu. Dobry uczeń - zwykle mieścił się w pierwszej piątce pod względem średniej. I Darek zaczał mnie bronić! Szczęka mi opadła. Nic nie mogłem na to poradzić. Tym bardziej, że Darek chciał mnie wytłumaczyć tak, żeby Ryłko to kupił - czyli na jego gruncie "praworządności socjalistycznej". Pomyłka. I Darek za to zapłacił. Dotąd pamiętam głęboką czerwień wypieków na jego tawrzy, kiedy coraz bardziej się plątał i potem wysłuchując rugania, jakie pan nauczyciel skierował na Darka. Żal mi było chłopaka. Dostał burę nie za swoje czyny.
I tak wykuwano w nas wierność i lojalność wobec ideałów Socjalistytcznej Ojczyzny. Kowalem był dyrektor.

A co ja na to? Czy mnie spotkały jakieś poważniejsze konsekwencje? Nie. Byłem pierwszym laureatem konkursu o Kotarbińskim - byłem sławny :) Byłem maturzystą w piątej klasie technikum. Przedstawiano mnie zarówno wdowie po Kotarbińskim, jak i jego synowi. Nie można było mnie wprost uwalić. Ryłko o tym wiedział.
Więc przycisnął moją wychowawczynię - Stasię Bizoń (jeden z najlepszych pedagogów jakich w ogóle spotkałem w swoim życiu). Pamiętam, jak na lekcji wychowawczej odwołała mnie na bok i zaczęła w te słowa Krzysiu, dziecko moje, coś ty narobił .... (załamując ręce). Podejrzewam, że tak de facto to ona właśnie uratowała moje dupsko w całej tej piątej klasie.

Zatem z mojego subiektywnego oglądu wychodzi, iż nadanie szkole imienia T.Kotarbińskiego było celowe i miało służyć wzmacnianiu idei socjalistycznych i komunistycznych wbrew postawom społeczeństwa. Istotną rolę odegrał tu w moim przekonaniu E.Ryłko.
Co ciekawe - tylko jego osoba zapisała się w mojej pamięci jako aktywny propagator idei państwa dobrobytu socjalistycznego na terenie ZST.
Wracając do minionej rocznicy i wystąpienia Pana Dyrektora - oczywiście był on właściwą osobą do opowiedzenia potomności jak doszło do wyboru T.Kotarbińskiego na patrona szkoły. Żałuję, że nie poznałem treści tego wystąpienia z prostej ciekawości: interesuje mnie, czy w ogóle perspektywa, którą wyżej zarysowałem została przez Ryłkę odnotowana?

Muszę na koniec dodać, że mimo, iż rozczarowałem Ryłkę, to całe to zajście w efekcie zaowocowało pewnymi realnymi skutkami: poczułem, że muszę odpowiadać za swoje czymy; zetknąłem się z filozofią; postanowiłem (wtedy) zostać nauczycielem; i zakończyłem szkołę z oficjalnym dyplomem od dyrekcji dla rodziców za dobre wyniki w wychowaniu ich syna (!).