Jak się ma pecha, to się ma pecha - jak mawiają starożytni górale. Wziąłem sobie tydzień urlopu, aby móc pobyć z rodzinką, która konsumuje ferie zimowe. I oczywiście co się zdarza w takim wolnym czasie? Nie wiecie? Odpowiedź jest prosta: choróbsko!

Paulnika od środy ma grypę: regularnie wysoka gorączka pow. 39 stopni. Ale żeby nie było tak zwyczajnie, to podawane środki przeciwgorączkowe niewiele albo nic nie pomagają. Nawet czopki nie skutkują. Oczywiście poznajemy przy tym wycinek działania tzw. służby zdrowia w naszym pięknym kraju. Telefon na pogotowie o godz. 23:30. Odbiera pielięgniarka, ale lekarza pediatry nie ma. Zamiast porady dostajemy telefon komórkowy do dyżurnego pediatry pogotowia. Aby czytelnik łatwiej zrozumiał kontekst dodam, że pogotowie do którego telefonujemy jest w sąsiedniej miejscowości (w Wadowicach) i mieści się w zasadzie w tym samym kompleksie budynków, co szpital rejonowy z dziecięcym oddziałem.

Na dotatek mnie też dopada zapalenie gardła. Na szczęście są jeszcze jakieś (wydawane na receptę) płukanki, których nie zużyła żona podczas swojego poprzedniego zapalenia gardła. Zatem staram się samodzielnie zwalczyć to cholerną przypadłość - z doświadczenia wiem, iż jak tylko zacznie się wizytować lekarzy, to nigdy nie kończy się na pojedynczym widzeniu ... więc wolę to jakoś przechodzić. Wrrrrrr .....!!