Siedzę sobie w minioną sobotę na krakowskim Rynku. Jest samo południe. Słonecznie i cieplutko. Obserwuję uważnie Paulinkę, która karmi krakowską szarańczę, czyli gołębie. Obok mnie siedzi jakaś kobieta. Przygląda mi się ze skupieniem. W pewnym momencie pyta wskazując na moją dłoń:

"Czy to różaniec?".

Odpowiadam trochę zaskoczony "Owszem".

Ona: "W jakim celu? To ozdoba?"

"Aby się modlić. To nie jest ozdoba"

I tak zaczęła się rozmowa o wierze i Bogu. Nie wiem, czemu, ale Kraków sprzyja nadzwyczajnie takim ludziom jak moja anonimowa rozmówczyni. Nie wiem, czemu ja często takich ludzi ściągam na siebie. A rozmów takich cholernie nie lubię. Z różnych względów. Nie chcę być indoktrynowany. Nie chcę w przelocie rozmawiać o sprawach, które mają trochę większe znaczenie niż zakup gazety w kiosku. To wymaga skupienia i atmosfery. A te są towarem deficytowym. Nie czuję się powołany do prostowania ścieżek cudzego żywota. To się wiąże z odpowiedzialnością. A ja nie chcę ponosić odpowiedzialności za sprzedawcę gazet.

Na szczęście kobieta o której mowa nie była nachalna, ani nie narzucałą się w żaden uciążliwy sposób. Dlatego przez pół godziny ciągnęliśmy tę wymianę zdań. Odpuściła sobie, kiedy wyraziłem swój zdecydowany sceptycyzm do co "słowa Pana, które jest jakie jest" (bo przecież jest podane w Piśmie św.) i wskazałem na bogatą tradycję egzegetyczną. Wyraźnie zawiodłem ją moim agnostycyzmem co do Ducha Świętego.